Reporter Kalasanty, czyli jak zderza się wiek XXI z XIX

Don Calasante, Wasz ulubiony reportero, donosi tym razem o kolejnym, zapowiadanym już zresztą wcześniej, wydarzeniu, które zasługuje na pierwszą stronę „Wiadomości w kratkę”, periodyka, o którego ustanowieniu marzę, rezerwując sobie w razie czego stanowisko redaktora naczelnego, wydawcy i – rzecz jasna – głównego beneficjenta ewentualnych zeń przychodów. Nie piszemy dziś o Świętach, Sylwestrze, czy innych pierdoletach; do lektury na ten drażliwy temat zapraszam Czytelników do zapisków z zeszłego roku. Prasa zajmować się ma aktualnościami, a nie zeszłorocznym śniegiem. Tak więc, tytuł na pierwszą stronę zabrzmi tym razem: „Nowe biuro redaktora naczelnego”. Poniżej skrót roboczej wersji wstępniaka:

„Jak koresponduje nasz donosiciel (Odwrotnie, baranie!!! KORESPONDENT DONOSI – Naczelny), redakcja Waszego ulubionego czasopisma przeniosła się do nowej siedziby. Biuro zajmuje obecnie dwa razy większą powierzchnię w świeżo odnowionych pomieszczeniach naszego gmachu. Ekipa remontowa spisała się na medal, oddając pracę na kilka dni przed terminem, zaś koszt przedsięwzięcia okazał się znacznie niższy od zwyczajowych cen rynkowych, co zawdzięczamy powołaniu ekipy składającej się z fachowców z segmentu Pracy Chronionej. W nowym biurze królują jasne, optymistyczne barwy, przestronność wnętrza zapewnia optymalne warunki pracy, co niewątpliwie przełoży się na jakość naszych publikacji i jeszcze większą satysfakcję odbiorcy, która jest dla naszego skromnego zespołu wszak wartością najwyższą. Liczymy dzięki temu na poszerzenie grona naszych stałych Czytelników. (Może być. Trochę za dużo wazeliny, ale ciemny lud powinien to kupić. Puszczamy. Naczelny.)”

No, ale cóż – magazyn pozostaje, póki co, w sferze marzeń, wobec czego winien jestem światłym niewątpliwie czytającym uczciwy, bezstronny i odpowiednio poszerzony reportaż z naszych przenosin. Oto, co nastąpiło:

Dzisiaj o 8:30 postawiono nas w stan ostrego pogotowia, oznajmiając oczekiwaną przeprowadzkę, Przypominając tym, którzy się jeszcze nie zorientowali, o konieczności zabrania ze sobą bagaży i sprawdzenia wszystkich jego elementów (jakby ktoś z nas kiblował za kradzieże, też coś!). Rozpoczęła się gorączkowa krzątanina, podczas której każdy próbował jak najszybciej pozbierać elementy swojego dobytku, przy czym problemem okazało się nie tyle odnalezienie ścieżki dostępu do danej siatki czy torby, ile dojście do tego, która torebka cukru, rolka papieru, lub bielizna susząca się na kracie należy do kogo. O dziwo, w warunkach rezydencyjnych nigdy nie było kłopotów z rozróżnieniem własności, zaś dopiero przy przenosinach okazało się, że każdy ma przynajmniej jedną rzecz identyczną z rzeczą współlokatora, stąd zamieszanie i ogólna konfuzja. Niemcy nazywają ten stan Reisefieber, i faktycznie przed podróżą człowiek dostaje coś na kształt lekkiego pomieszania zmysłów – ale spróbujcie taki stan wyobrazić sobie przy nawale sześciu osób na powierzchni 15 metrów kwadratowych.

Cały ten burdel udało się nam jednak opanować bez większych pomyłek (szczególnym świętokradztwem byłoby pomylenie bielizny), i w przyzwoitym przedziale czasowym mniej więcej 30 minut. Jak zwykle, niestety, obyło się bez mordobicia, ran kłutych i obrażeń miażdżonych. Joby natomiast poleciały gęsto, i to wcale nie dlatego, że nie mogliśmy sobie dać rady z logistyką, tylko dlatego, że po zakończeniu czynności oznajmiono nam, że na wyjście przyjdzie nam trochę poczekać, może nawet do jutra, gdyż czegoś tam w nowej celi nie zamontowano, czy nie podłączono, ale rozpakowywać się na wszelki wypadek nie musimy, bo może jednak przeniosą nas dziś. Siedzieliśmy więc na tobołach, nie mogąc się z braku miejsca ruszyć, nie mając możliwości ani przegryzienia czegokolwiek, ani zagrania w spakowane oczywiście na dnie toreb karty, ani nawet obejrzenia telewizji. W ramach rozrywki mogliśmy się udać najwyżej do toalety – ale ileż można. I czy ktoś ma teraz śmiałość powiedzieć, że emocjonalne, staropolskie zaklęcie „kurwa mać” nie powinno mieć w życiu racji bytu?…

Zmiana miejsca zakwaterowania nastąpiła jednak w końcu tego samego dnia, zanim którykolwiek z nas zdążył zapuścić korzonki w pilśnie ogołoconych z materaców prycz. Wejście do nowego apartamentu przypominało awans z epoki kamienia gładzonego wprost do feudalizmu, z pominięciem epok pośrednich. Typ umeblowania co prawda taki sam, ale same meble odmalowane na nie do końca licujący z charakterem instytucji, optymistyczny kolor jasnego beżu wpadającego w kogiel-mogiel (choć pewnie kobiety miałyby na ten kolor jakieś zgrabne, jednosłowne określenie, które dla mężczyzny brzmi równie egzotycznie, jak na przykład nazwa wstydliwej choroby. Ale cóż poradzę, że uwarunkowania ewolucyjne spowodowały, że dla mnie „śliwka” oznacza wyłącznie owoc?). Poza elegancko okafelkowanym kącikiem ulgi, nowością w celi jest lśniące srebrem polerowanego aluminium urządzenie do komunikacji dwustronnej z pilnującymi nas cerberami. Wcześniej co prawda podobne, acz dalece mniej estetyczne ustrojstwo było wmontowane w ścianę, ale wyposażone było tylko w przycisk zapalający czerwoną lampkę nad drzwiami celi, od strony korytarza, rzecz jasna. Strażnik mógł tę lampkę zauważyć, pod warunkiem, że wyjrzał z dyżurki, i dopiero wtedy mógł się na piechotę pofatygować do wzywającej pomocy, bądź domagającej się uwagi celi, rzucając uprzejme: „czego?!” w celu zorientowania się o co zawraca się mu tym razem dupę. Teraz, po przyciśnięciu guzika, w głośniku odzywa się głos funkcjonariusza, który od razu tą drogą wie, że ktoś ma na przykład atak kurwicy bolesnej i wymaga lewatywy, a kto tylko marudzi, bo tęskni za mamusią lub pizzą z podwójnym serem, niekoniecznie zresztą w tej kolejności. Niesamowite, jak ta technika poszła do przodu od momentu mojego aresztowania. Dla porządku odnotowujemy, że rzeczone ustrojstwo do komunikacji bilateralnej zwie się w grypserze „lokajem”.

Dla równowagi, bym nie pomyślał, że przede mną świetlana i wysoce stechnicyzowana przyszłość, na korytarzu podczas przeprowadzki uderzył oczy me widok dwóch dyżurnych „sprzątaków”, którzy go froterowali przy pomocy przemyślnej konstrukcji uczynionej z odwróconego do góry nogami i blatem do dołu stołu; blat od spodu obciągnięty był dla uzyskania połysku filcowym kocem, a dociążony od góry bliżej niezidentyfikowanymi tobołami dla lepszego styku. Froterkę tę dyżurni przepychali mozolnie wzdłuż korytarza, genialnym tym sposobem rozprowadzając po posadzce pastę, co wzbudziło we mnie kolejną falę podziwu dla idei taniego państwa.

Zestawienie kosmicznej niemal technologii wnętrza celi z bardziej niż tradycyjną metodą czyszczenia podłóg wydaje się być może nieco szokujące, ale życie nierzadko obfituje w kontrasty. Zaprawdę powiadam Wam.

—————————————————————–

W menu na dzień dzisiejszy podano: na śniadanie fasolka po bretońsku, na obiad bigos, a na kolację jaja na twardo. Mam nadzieję, że w ramach oszczędności kierownictwo nie zafundowało nam ogrzewania cel biogazem.

Reklamy

2 Komentarze

  1. co jest, gdzie kolejne noty??

  2. co dalej z Kalasantym???


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 417 246 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Styczeń 2011
    Pon W Śr C Pt S N
    « Gru   Lip »
     12
    3456789
    10111213141516
    17181920212223
    24252627282930
    31  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.