Łoże jako twierdza, czyli dlaczego 15m2 to rozpusta

Anglicy mówią: „My home is my castle”, i większość myślących ludzi jest skłonna pewnie przyznać, że coś jest na rzeczy. Potrzeba przestrzeni intymnej jest niezaprzeczalna; pytanie tylko, jak ją zaspokoić, mając do dyspozycji metraż tak mały, że upodobanie mogliby w nim znaleźć wyłącznie klaustrofilowie, czy jak tam w psychologii określa się zespół umiłowania miejsc ciasnych i obudowanych.

Namiastką takiej twierdzy w warunkach zamknięcia może być jedynie twoje łóżko – całość powierzchni pozostałej, zwanej jakże nie-a-propos „plażą”, jest wspólna, toteż po miesiącach jojczenia na brak prywatności osadzony musi – chcąc nie chcąc – oswoić się z myślą, że prycza będzie jego jedyną enklawą, ucieczką i oazą na czas odsiadki. Drugą opcją jest popadnięcie w obłęd i szukanie swojej szansy w szpitalu; z dwojga złego wolę jednak towarzystwo kryminalistów, bo za skarby świata nie przyznam dobrowolnie, że jestem wariatem. Jak zresztą każdy wariat. Część z was słyszała z pewnością o japońskich hotelikach mających strukturę plastra miodu i składających się z kapsuł o powierzchni użytkowej rzędu czterech metrów kwadratowych, które już od dłuższego czasu doskonale spełniają swoją rolę, ciesząc się niesłabnącym powodzeniem. Sąsiedzi mogą się w takich pensjonatach – przynajmniej teoretycznie – odwiedzać, a postura przeciętnego mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni, stoicyzm wobec niewygód i prawie że wrodzone predyspozycje do przyjmowania mało komfortowych czy zgoła cierpiętniczych pozycji ciała dowodzą, że nawet takie miniaturowe schroniska mogą niekiedy funkcjonować prawie normalnie.

I taka właśnie jest idea zmodyfikowanego na lokalne potrzeby twierdzenia: „My bed is my castle”. Łóżko ścielesz sobie naturalnie sam, jako jego gospodarz i wyłączny użytkownik wedle własnego gustu i możliwości – jak w domu. Ponieważ konstrukcja więziennego koja obfituje w liczne poprzeczki i pręty, co czyni ją trudną do opisania nawet przy pomocy wysoce skomplikowanego wzoru geometrycznego, wykorzystuje się ją bez skrupułów do zawieszania ręczników, elementów odzieży, środków higieny oraz zakupionych, pożyczonych, wygranych, czy – nie daj Boże – skradzionych dóbr, podobnie jak w domu korzysta się z szaf czy schowków. Rozpięty pomiędzy granicznymi wypustkami pseudo-sznurek wycięty żyletką z prześcieradła służy za podręczną suszarkę; zdjęcia o tematyce najczęściej związanej z ars amandi czy też przedstawiające gwiazdy sportu (głównie walki, gdyż przebywający pod celą to wyłącznie twardziele faktyczni bądź aspirujący) i produkty motoryzacji pełnią funkcję ozdobną, podobnie jak upiększające salon grafiki, bibeloty, puchary i makatki. Na wezgłowiu, a także w nogach łóżka można rozciągnąć zasłonę z ręczników, co jest odpowiednikiem zaciągniętych w domu stor bądź zawieszki „nie przeszkadzać” na klamce hotelowych drzwi. Można w takich warunkach ułożyć sobie pasjansa, przeczytać książkę, pisać, marzyć, czy wreszcie – byłbym zapomniał – się przespać, naturalnie i niestety w pojedynkę.

Kojo jest w istocie terenem bardzo osobistym; nikt nie ma prawa bez pozwolenia usiąść na twoim, zaś położenie się na cudzym graniczy z niemożliwością. Gdyby to było możliwe, większość z nas kazałaby sobie najprawdopodobniej zamontować drzwi, które nie dość, że zapewniałyby znacznie wyższy standard prywatności, to jeszcze spełniałyby genialnie dodatkową rolę, służąc do pukania przy odwiedzinach. Z braku drzwi można by pomyśleć o zmontowaniu dzwonka, co przy pomysłowości polskich więźniów i nadmiarze wolnego czasu nie powinno stanowić większego wyzwania. Najbliższa okazja powinna się pojawić w Święta Bożego Narodzenia – w kantynie zeszłego roku, o ile mnie pamięć nie zawodzi, były zdaje się stroiki z dzwoneczkami, które do tego celu nadawałyby się wprost idealnie. A do Świąt kolejnych mamy raptem jakieś 2 tygodnie, więc nic straconego.

Dzięki ci, o łóżko więzienne, za to, że dajesz mi ochronę przed niepożądanymi dźwiękami, zabezpieczasz mnie kocami przed chłodem i niechcianymi widokami, i za to, że w twojej otulinie mogę przeżywać urzekające i uspokajające marzenia, we śnie i na jawie.

Dodatkową korzyścią tego wszystkiego będzie zaś to, że po wyjściu będę mógł przez dłuższy czas kontentować się wynajęciem garsoniery o powierzchni 15 metrów kwadratowych i cieszyć się nadmiarem przestrzeni bez potykania się o własne pięty. Po 10 latach odłożę sobie na 100 – metrowe mieszkanie, po czym umrę na agorafobię, zaś zwolniony przeze mnie metraż zostanie przekazany jakiejś organizacji pożytku publicznego. Ot, kolejna korzyść, jaką społeczeństwo odniesie z mojej resocjalizacji. Amen.

———————————————————————–

W celi ukonstytuowały się stronnictwa oglądaczy seriali. Są miłośnicy „Klanu”, „Plebanii”, „Na Wspólnej”, a nawet – o zgrozo! – meksykańskiej telenoweli „Morze miłości”, którzy zwalczają się między sobą z powodu kolizji pór nadawania. Ciut, ciut, a dojdzie do upragnionego mordobicia.

Reklamy

3 Komentarze

  1. Czesc.
    Na blog ten natrafilem zaledwie tydzien temu przegladajac thread o gwarze wieziennej na jednym z forow internetowych (www.sfd.pl) i raczej bede regularnym gosciem.
    Chcialbym dzis jedna rzecz sprostowac. Nigdy nie slyszalem by jakis Anglik kiedykolwiek powiedzial, ze jego dom jest jego twierdza, a mieszkam w ojczyznie Robin Hooda juz pare ladnych lat. Co wiecej, na wyspach brytyjskich jest bardzo popularnym procederem zakup domu lub mieszkania na kredyt i podnajmowanie wolnych pokoi obcym, za czynsz, by w ten sposob ulatwic sobie splate hipoteki, jednoczesnie mieszkajac razem z lokatorami. Robi tak bardzo wielu mlodych ludzi, czesto singli, ale nie tylko. Mlode malzenstwa bezdzietne, oraz tak zwani starzy kawalerowie lub panny rowniez tak robia, jak rowniez emeryci. Oczywiscie nie ma wtedy mowy o jakiejkolwiek prywatnosci.
    Pozrawiam seredecznie.
    Witek

  2. Witoldzie,

    Dziękujemy za wizytę, zainteresowanie oraz podzielenie się swoją głęboką wiedzą na temat mieszkalnictwa na Wyspach – dla zainteresowanych jest to niewątpliwie fascynujący temat.

    Wyrażenie: „my home is my castle” ma w guglu ponad ćwierć miliona trafień, a jest mniej więcej odpowiednikiem naszego „wolnoć Tomku w swoim domku”. Wyrażenie doskonale znane Polakom z wierszyka o Pawle i Gawle, acz chyba prawie nigdy nie używane „na co dzień”. Nie pamiętam, bym je słyszał bodaj raz z czyichś ust, a trudno by je było nazwać nieznanym.

    Innym słowy – jedno nie wyklucza drugiego: czyli popularność powiedzenia… niewypowiadanego 🙂

    Miłej lektury,

    Alti

  3. Hej
    Slowo delta-9-tetrahydrocannabinol ma 319k referencji w guglu, co by swiadczylo, ze jest jeszcze bardziej popularne, gdyby uzyc ilosc trafien tej wyszukiwarki jako miernika powszechnosci rzeczy. Czy tak jest? Mysle, ze nie sadze, mimo, ze rzeczywiscie miliony ludzi ma codzinnie stycznosc z tym zwiazkiem :-).

    Ja nie mialem zamiaru wytykac autorowi niewiedzy. Nic z tych rzeczy. Jest ono w Polsce bardzo dobrze znane i uzycie go w takim kontekscie jest poprawne. Mnie tylko przyszlo na mysl, ze mimo, ze kreuje pewien stereotyp o zwyczajach Anglikow, ma malo wspolnego z rzeczywistoscia, i poczulem potrzebe by sie tym spostrzezeniem podzielic. Majac jednoczesnie swiadomosc, ze malo kogo to obchodzi i ma niewielka istosnosc.

    Pozdrawiam
    Witek


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 417 246 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Grudzień 2010
    Pon W Śr C Pt S N
    « List   Sty »
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    2728293031  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.