Pisarskie przedszkole, a także jak uciec w marzenia i nie zwariować

Dziś dokonał się w mojej pisarskiej karierze skok jakościowy w rozumieniu warsztatowym; coś na kształt awansu z literackiego żłobka do przedszkola. Właśnie pożegnałem się ze starym notatnikiem formatu A5, który służył mi wiernie przez ostatnie 5 miesięcy, i przerzuciłem się na wielgachny A4 – Dżizus, taka kartka wygląda jak Sahara, która mam zalesić. Można nabawić się agorafobii.

Tak czy siak, zaobserwowałem u siebie zjawisko, którego od pewnego czasu z niejakim niepokojem oczekiwałem: mianowicie poczucie przyzwyczajenia do miejsca – nie mylić naturalnie z przywiązaniem. No, może ewentualnie z przykuciem. Uczucie przyszło w najbardziej niesprzyjającym momencie, łącząc się z nadchodzącą zimową depresją, która przybiera u mnie formę zespołu ostrego niedoboru bodźców śniegowo-narciarskich, wobec czego postanowiłem się dziś z wyprzedzeniem obrazić na cały świat, i na złość wszystkiemu i wszystkim (na czele z sobą samym) dziś mam dzień mędzenia ogólnego i … NUDY, skutkiem czego szczęki rozdziera mi ziewanie jak nie przymierzając u hipopotama na wczasach z małżonką. Żeby choć zdarzył jakiś potop, remont, samobójstwo, albo eksperyment koedukacyjny… Dania więziennego menu przewijają się z regularną monotonią: serek – miód – mortadela – jaja na twardo – kiełbasa – nie-wiadomo-co – serek. Mielony – bigos – fasolka – pieczeń rzymska – ryba – soja – nie-wiadomo-co – mielony. Z nudów nie zaglądam nawet do gara z zupą, bo to przeważnie woda z domieszką barwnika, emulgatorów i odpadów warzywnych – przeważnie kapusty, nawet jeśli jest to barszcz czerwony. Choć jednak pewnie jednak na emulgatory zabrakłoby im albo wyrafinowania, albo funduszy. Zresztą czort jechał zupy; i tak ich nie jadam.

Książki już w większości wyczytane – biblioteka oddziałowa i półki u wychowawcy to raptem marnych 500 tomów, z czego większość to niestety przedpotopowe badziewie w stylu Putramenta, Orzeszkowej, czy – za przeproszeniem – Hołuja. Alternatywą są (fascynujące ponad wszelką wątpliwość) antologie poezji mołdawskiej z XIX wieku lub traktaty o wychowaniu niemowląt, hodowli rzepaku w terenach górskich czy farmakodynamice metyloksantyn (ze szczególnym uwzględnieniem kofeiny). Książki z zewnątrz można jednorazowo otrzymać dwie na paczkę; częstotliwość takich przydziałów jest mi bliżej nieznana, ale znając tutejsze realia wypada spodziewać się, że nie przydarzają się one częściej niż raz na kwartał.

Z każdym przebudzeniem widzę nad sobą spodnią część górnego łóżka, z tymi samymi zaciekami i pozostałościami graffiti; co dzień o 6:00 budzi mnie dzwonek na apel; po apelu odwracam się dupą do świata i dosypiam. Po czym jem śniadanie i widzę znajome gęby współosadzonych, z którymi rozpoczyna się prędzej czy później poranną pogawędkę i… wszystko to ma już charakter rutyny. Czegoś codziennego, a więc – paradoksalnie – normalnego. Są więc chwile, gdy w człowieku wzbiera potrzeba oderwania się od normalności, potrzeba zaszalenia, czy zrobienia czegoś. Wy na wolności też tak macie?…

Postanowiłem przeprowadzić na sobie mały eksperyment: wieczorami zanurzam się w nieskrępowane marzenia (nie stroniąc od czasu do czasu od wizji śmiałych obyczajowo) o tym co będzie, jak wygram milion dolarów, jak nagram swoją pierwszą płytę, jak puszczę się w podróż przez Nową Zelandię, udam się motocyklem z Kanady Południowej na Alaskę i jak poznam Condolezzę Rice, a także o sprawach skromniejszych i bardziej realistycznych: jak będę pożerał carpaccio z parmezanem i tagliatelle z boczkiem, zapijając tę ucztę hektolitrami piwa, jak będę czekał w kolejce do wyciągu na Hali Goryczkowej wystawiając pobladłą gębę do słońca, jak będę grał w wirtualne szachy z przyjacielem z Montrealu i słuchał moich mp3 z Klausem Badeltem, Ronanem Hardimanem i Alem di Meolą, jadąc niespiesznie wśród winnic doliny Wachau nad Dunajem… Wypada się zastanowić, kiedy mi to zaszkodzi. Gdy to już nastąpi – udam się potulnie do psychiatry i poddam się leczeniu, o czym naturalnie nie omieszkam wspomnieć na łamach tego raptularza.

Otwierają się drzwi celi, a strażnik wzywa mnie, bym się przygotował do wizyty w szpitalu, gdzie przy pomocy promieni Roentgena będą zgłębiać tajemnice mojej klatki piersiowej. Koniec nudy – wybieram się na małą wycieczkę w nieznane.

————————————————————————————

Skuszony próżnością zdecydowałem się podczas ostatniej wypiski nabyć za nędzne resztki finansowe mydło woniejące czymś innym niż mieszanka łoju i siarki. Nędzne resztki wystarczyły tą razą na tureckie mydełko o zapachu truskawek – teraz latają za mną niedobitki ostatnich jesiennych pszczół, wywabionych nadspodziewanie wiosenna pogodą. Czekam, aż skończy się mydło lub nadejdzie zima.

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s