Wycieczka na koszt podatnika, a także kawa 24 h na dobrę

Dziś przekroczyłem kolejny Rubikon, wstępując o szczebel wyżej w hierarchii wtajemniczenia, stając się – można by rzec – pełnokrwistym, z punktu widzenia Krajowego Rejestru Kryminalistów Jednorazowych, Recydywistycznych i Aspirujących, kandydatem na przestępcę faktycznego, tj. wkrótce najpewniej  skazanego. Zrobiono mi wreszcie – z niewielkim co prawda, boć raptem rocznym plus mały haczyk opóźnieniem – trzy klasyczne zdjęcia (2 profile i en face), i pobrano odciski palców. Do pełnego szczęścia brakuje mi zaiste wyłącznie wyroku. A ten się jakoś nie spieszy; może i faktycznie ten Ziobro na coś się przydawał?… Tfu, i apage, żartowałem, i to ponuro.

Ale uporządkujmy narrację. Dzień wcześniej, przy kolacji wręczono mi, znany już z poprzednich wizyt w prokuraturze i sądzie, pakiet suchego prowiantu , wskazujący na to, że nieznany mi sponsor wyszykował dla mnie kolejną wycieczkę. Sponsor był o tyle nieznany, że (poza tym, że był nim Skarb Państwa, czyli wy, szanowni podatnicy – dziękuję za przejażdżkę) nie miałem tym razem pojęcia dokąd oraz mianowicie w jakim celu jestem zabierany. Zazwyczaj bowiem aresztant dostaje z wyprzedzeniem pismo powiadamiające go o przesłuchaniach i innych czynnościach służbowych, którym go będą poddawać, a tym razem zdarzenie nosiło wyraźne znamiona niespodzianki. Noc spędziłem wobec tego nieco niespokojnie, usilnie starając się samego siebie przekonać, że członkostwo w Unii Europejskiej wyklucza możliwość przywrócenia kary głównej. Dopiero świadomość obecności prowiantu uspokoiła mnie na tyle, że zasnąłem – po cholerę w końcu wisielcowi bułka z jajkiem, serkiem i wodą mineralną?…

Rano okazało się, że przyjechała po mnie policja, w celu poddania mnie czynnościom policyjnym. Odetchnąłem, zdając sobie sprawę, że przynajmniej nie grozi mi aresztowanie. Podreptałem więc posłusznie za eskortującym mnie funkcjonariuszem, a moje zadowolenie z przerwy w rutynie zamieniło się w zachwyt, gdy ujrzałem, ze wiodą mnie do zaparkowanego przez więzieniem wiśniowego Poloneza z przyciemnianymi szybami, choć wóz najwyraźniej pochodził z policyjnego demobilu, gdyż stróże prawa rozbijają się obecnie srebrzysto-błękitnymi strzałami o bliżej mi nieznanych markach. Nic to. Tapicerka!  – zdawały się radośnie krzyczeć moje pośladki. I szyby bez kratek! – dodało przytomnie moje zachwycone ego. Poczułem się prawie jak bandyta na urlopie, i postanowiłem włączyć producenta Poloneza do wieczornych modłów dziękczynnych.

Moja podróż przez szeroko pojęte centrum Krakowa trwała z powodu korków ponad pół godziny, w którym to czasie mogłem (przynajmniej częściowo) obejrzeć miasto moje, a w nim… spacerujących ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem piękniejszych przedstawicielek Homo Sapiens, które wyległy na ulice nosząc bezwstydnie zachwycające jesienne kreacje (ciężko mi sobie wyobrazić, jakiego psikusa mogłaby spłatać mi moja fizjologia, gdyby przejażdżka ta odbywała się wiosną, czy latem!), kamieniczki Starego Miasta, gdzie znów pojawiły się nowe, nieznane mi wcześniej świątynie konsumpcji w postaci sklepów i kafejek, psy, drzewa, ptaki i trawniki, mocno już co prawda wyliniałe. Widok niewątpliwie nostalgiczny, budzący wiele uczuć i wspomnień, i mogący wywołać niekontrolowaną manifestację wzruszeń – na szczęście pozamykane szufladki emocjonalne trzymały mocno, i nic nie objawiło się nawet lekkim pieczeniem pod powieką. Zachowałem się jak prawdziwy twardziel – pewnie i recydywiści poklepaliby mnie z uznaniem po ramieniu.

Po przybyciu na komisariat zaprowadzono mnie do pomieszczenia będącego siedzibą laboratorium kryminalistycznego, obsługiwanego przez wcale urodziwą, młodą i bezmundurową funkcjonariuszkę Policji Państwowej. Mój Boże, taka młoda, i już w policji! – przemknęło mi przez myśl, i na szczęście w porę ugryzłem się w język, by refleksji tej nie ubrać w słowa. Rzeczona policjantka poleciła mi usiąść na krzesełku, po czym sprawnie i bezgłośnie wykonała trzy fotografie mojej przestępczej gęby, które od razu przesłała do komputera pyszniącego się na pobliskim biurku. Komputer ów okazał się być nie lada maszyną, gdyż posłużył równocześnie do zdjęcia mi odcisków palców przy pomocy odpowiedniego programu, co mi zaimponowało – zapomnijcie o wałkach z tuszem, specjalnym papierze i powielarce. Witamy w XXI wieku! Policyjne dziewczę ujęło delikatnie moją dłoń w swoją (przy której to czynności moje twardzielstwo zaczęło zdradzać objawy niebezpiecznej dystrakcji), założywszy uprzednio gumowe rękawiczki chirurgiczne. Ale kto powiedział, że doznania dotykowe przez gumę musza być pozbawione przyjemności?…

Po powrocie do celi okazało się, że poradziliśmy sobie nękającym nas od pewnego czasu (choć właściwie od zawsze) problemem braku fazy przed godziną 13, kiedy to nie można sobie zagotować jak człowiek kubka kawy. Udało się wydębić od remontujących sąsiednie cele (uwięzionych zresztą też jak my) „budowlańców” metr kabla, który wreszcie dało się podłączyć pod oprawkę żarówki w kąciku toaletowym. Budowniczowie żądali co prawda za ów kabel piły spalinowej z tłumikiem, ale po targach przystali na paczkę papierosów – ot, co znaczy potęga negocjacji; gdyby służby dyplomatyczne szukały specjalisty do rozmów w sprawie tarczy antyrakietowej, to radzę poszukać w aresztach.

Sam proces przygotowywania kawy z nielegalnego wrzątku przypominał opowieści o tym, jak uwięzieni w obozach jenieckich konstruowali radio, słuchając nadawanych audycji w największej konspiracji – jeden trzyma drut, drugi uważa na nadajnik, a trzeci stoi na czatach, bacząc, czy nie zbliżają się strażnicy. Słowem, atmosfera jak z zabawy w „Jak rozpętałem II wojnę światową”, której uczestnicy cieszą się jak dzieci. Nic, tylko – za przeproszeniem – ogolić jaja i do piaskownicy.

————————————————————————

Jak dowiedziałem się z wiadomości w tiwi – z wolnej stopy odpowiadał będzie człowiek, którego zrobiono nieledwie wrogiem publicznym nr 1, tuż po pedofilach: „król dopalaczy”, a ja siedzę dalej. Skandal. No, ale byle wyjść przed Euro 2012…

Reklamy

13 Komentarzy

  1. 1/ Naprawdę w tej kanapce było jajko?!
    2/ Ów metr drutu czy tez kabla…hm…ktoś nie beknie za „narzędzie niebezpieczne” względnie za checi samobójcze?

  2. Witaj, Syrna 🙂

    Po konsultacji z naszym „ekspertem” dowiedzieliśmy się, że:

    a) do prowiantu często dołączają jajko na twardo – i nie bywa ono „w” kanapce, bo z tekstu by wynikało, że w kanapce była też woda mineralna 🙂 Jajko towarzyszyło bułce, podobnie jak serek i woda.

    b) kabel, jeśli jest przy kipiszu wykryty, może być kłopotem dla celi, a nawet powodem wypisania „kwita”, czyli nagany. Więźniowie – jeśli uda im się taki kabel zdobyć, robią to ze świadomością takiego ryzyka. Ale najczęściej kończy się tylko konfiskatą, bo w „równych” celach nikt się do tego nie przyzna, na zasadzie: „pewnie ktoś kiedyś skitrał, a my nie wiedzieliśmy”.

    Pozdrowienia,

    Ziri & Alti

    • Kurcze, a mój partner od 7 lat tęskni za jajkami…zero gotowanych, jajecznicy czy czegoś jajko-podobnego. Ostatnio stwierdził, że gdyby miał wybór między jajecznicą, a czymś procentowym- to bez zastanowienia wziąłby jajecznicę:)

      cela „równa”- rozumiem :”sztywna”?

  3. OK – różnice menu pewnie oczywiście zależą od kryminału, choć na logikę jajecznicy się faktycznie tam spodziewać nie można.

    „Sztywna” oznacza „grypserkę”? Nie bardzo się w tym orientuję; ale miałem na myśli celę z „równymi gośćmi’. Grypserka oczywiście się nie łamie, ale wystarczy, że osadzeni zachowują jakąś elementarną solidarność.

    Pozdro,

    Alti

    • cyt:
      „(…) jakąś elementarną solidarność”.

      No tak, tyle, że coś takiego rzadko się w kryminale spotyka…Można doszukiwac się uzasadnienia dla owej „elementarnej…”, ale trzeba też mieć na uwadze, że ogromna większość osadzonych nie trafiła do AŚ/ZK w nagrodę za działalność charytatywna i pomoc innym ludziom. Dletego, naet jeśli cela jest „równa” to w moim mniemaniu nie będzie to wyrazem nawet elementarnej solidarności, a wynikiem czystej kalkulacji.

      pozdrawiam,
      syrna

  4. Wszyscy tu siedzimy, czytamy i…. tyle! A moze bysmy zrobili dla niego cos wiecej?

    Czy jest jakas mozliwosc zeby naszemu bohaterowi jakos pomoc ?

    Wplacic jakies pieniadze na konto wypiski, albo wyslac mu cos do zarcia normalnego, bo jak czytam to tych salcesonach to mnie mdli.

    Alti, w razie czego prosze o kontakt moje gg:xxx tel. xxx

    Pozdrawiam
    Michał

  5. Drogi Michale!

    Słowa naprawdę ujmujące nas za serce; Kalasantego by z pewnością też poruszył taki oddźwięk. Więc dzięki milionkrotne! 🙂

    Rzecz w tym, że póki co NIKOMU nie możemy podawać tożsamości naszego przyjaciela (bo z tym wiązałoby się wysłanie paczki/wpłata pieniędzy). Toteż będąc dalekimi od posądzania Ciebie o jakiekolwiek niecne intencje, pomocy przyjąć w tej formie nie możemy. Zwłaszcza, że coś mu tam sami podsyłamy, i na wypiskę te parę złotych miesięcznie ma.

    Aczkolwiek, jeśli chciałbyś jakoś pomóc (i to apel do wszystkich, którzy by chcieli) – to pomóż przy promowaniu wśród znajomych książki, czyli pamiętnika w formie papierowej, dodatkowo wzbogaconego o mini-słownik grypsery. Przyszła jej publikacja powoli i stopniowo zaczyna rysować się w realnym kształcie, choć za wcześnie mówić o konkretach.

    Jeszcze raz wielkie dzięki, pozdrawiamy,

    Ziri & Alti

    • To podaj mi na gg swoj numer konta, Kalasanty zachowa anonimowosc a ja i inni bedziemy mogli sie dorzucic, dzieki czemu nasz przyjaciel bedzie mogl nabyc dobra wszelakie bedaca srodkiem platniczym w AŚ 🙂

      Michał

  6. Michale,

    Po pierwsze:

    Jak powiedzieliśmy – Kalasanty nie głoduje, ani pomocy tu i teraz nagłej, i/lub finansowej aż tak bardzo nie potrzebuje, acz ukłony dla Ciebie przesyłamy nieustannie 🙂

    Po drugie:

    Nie możesz wszak mieć pewności, że np. cały blog może być teoretycznie jedną wielką ściemą; ja Ci np. podaję nr jakiegoś „lewego” konta; albo nawet podaję faktycznie autentyczny swój… i co? Jaką masz gwarancję, że dotrze do to Kalasantego? Poza tym – sorry, swoich (ani Ziri) danych też na razie ujawniać nie mam zamiaru. Wybacz – Twój poryw jest ze wszech miar szlachetny, ale pewną taką naiwnością niestety podszyty…

    Ponawiamy apel – jeśli chcesz, po prostu pomóż rozreklamować bloga, oraz ewentualnie książkę, gdy/jeśli się ukaże.

    Serdeczności,

    Ziri & Alti

    • Piszac pierwszy komentarz udalo mi sie osiagnac 2 cele:
      – Uspokoilem swoje sumienie, wydajac 0 złotych
      – Bedzie mi sie czytać milej, wiedząc ze Klasanty głodem nie przymiera 😉

      PS. Nawet jesli ten blog to sciema a ja wplaciłbym pare złotych, to jakos bym to przeżył, Czyta sie znakomicie, a nawet za czlonkowstwo w bibliotece sie placi.
      Ale jak nie to nie, na kolanach sie prosil nie bede 😛
      Pozdrowcie Kalasantego, i powiedzcie ze powstaje jego mały fanklubik, ktory po wyjsciu z pierdla chetnie sie z nim napije.

  7. macie rację! ten blog jest ściemą!

    • I co z tego?

  8. Są jakieś szanse, że ukaże się książka? Jeśli tak to kiedy można się spodziewać?


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 414,790 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Październik 2010
    Pon W Śr C Pt S N
    « Wrz   List »
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728293031
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.