ROCZNICA!!! Albo – jak wychodzą inni, wcale nie uciekając

Ani się obejrzałem, a rozpoczął się już czwarty rozdział mojej – swoistej co prawda, bo stacjonarnej – odysei. No, może odysejki; nie popadajmy w gigantomanię. Właśnie dotarło do mnie pismo z sądu, najeżone groźnymi wyrażeniami typu: „rozwojowy charakter sprawy”, „dalsze dochodzenie”, „konieczność wyjaśnienia okoliczności” etc., które brzmią dla mnie równie zrozumiale jak „encyklopedia” lub „rododendron” dla Kubusia Puchatka. Konkluzją pisma jest w każdym razie to, że zostaję w tutejszym zakładzie dla internowanych kolejne 3 miesiące – dlaczego mnie to nie dziwi, hmmm?… Albo jestem wplątany w gigantyczną aferę związaną z handlem kontrabandą na galaktyczną niemalże skalę, albo nasze kadry śledcze nie potrafią uporać się z zeznaniami raptem kilkunastu świadków i ubożuchnym materiałem dowodowym w 9 miesięcy (z tego co się zdążyłem zorientować, trzymiesięczne wakacje przysługują pracownikom Min. Sp. jak psu buda, albo jak studentowi analogiczny czas na przygotowanie się do sesji poprawkowej) – tertium non datur. Podobno też wiadome służby dobrały mi się do komputera; zauważyłem, że komputery sprawdzają rutynowo wszystkim im posiadaczom, jak leci, tak, jak by ktoś przyłapany na jeździe po pijanemu, czy niepłacący alimentów planował owe niecne czyny przez długie tygodnie, jeśli nie miesiące przed ich popełnieniem, naturalnie nie omieszkawszy podzielić się tymi ekscytującymi wieściami ze wszystkimi znajomymi z mail-listy. Oj, czuję coś, że w sprawę włączy się niedługo IPN, i jak nic dowalą mi za uczęszczanie do komunistycznego przedszkola i współpracę przy uczeniu się na pamięć wierszyków autorstwa radzieckich poetów pod czujnym okiem opiekunki starszaków, która w rzeczywistości była co najmniej podporucznikiem SB. A jak jeszcze wyciągną mi oglądanie „Wilka i zająca”, ocenę dobrą z języka rosyjskiego i ostentacyjną fascynację Bułhakowem, to umarł w butach. Było się urodzić w bardziej prawomyślnych czasach, i nie byłoby problemu.

Tak czy siak, przedłużenie aresztu u mnie zbiegło się w czasie ze zwolnieniem Achmeda, któremu rodzina wymodliła w końcu u prokuratora zgodę na zwolnienie za kaucją, wcale niemałą, po – bagatela – półrocznej odsiadce. Nasz towarzysz pojaśniał na twarzy, co najmniej jakby ktoś właśnie zdradził mu hasło do otworzenia Sezamu, albo wręczył miesięczny, darmowy abonament do haremu sułtana, zaś na jego twarzy zagościł z dawna niewidziany uśmiech – tak szeroki, że gdyby nie uszy, to śmiałby się naokoło głowy. Po powrocie z biura wychowawcy (gdzie otrzymał tę szczęśliwą wieść) do celi i przyjęciu gratulacji zabrał się za pakowanie manatków i przebieranie w „cywilny” strój, w międzyczasie słuchając naszych zaklęć, by wykonał koniecznie i bezzwłocznie jakiś milion telefonów do setek członków rodzin i tysięcy adwokatów. Mam nadzieję, że w toku rewizji wyjściowej (o ile takowa ma miejsce – ale na tę informację będziecie Czytelnicy musieli poczekać do końca tych zapisków) nie obedrą go ze wszystkich grypsów i ich część znajdzie drogę do rąk adresatów. Wypada mi trzymać kciuki, za to by moją wiadomość upchnął w bieliźnie osobistej, i za to by ciekawość ewentualnych przeszukujących nie sięgnęła tych stref.

W międzyczasie urządzono nam mega-kipisz, włącznie z kontrolą osobistą. Okazją ku temu była, jak się okazało doroczna inwentaryzacja wyposażenia – na szczęście bez inwentarza żywego (w jej toku mógłby ulec eksterminacji mój ulubiony karaluch Gerwazy, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić). Technicznie rzecz biorąc, spis ten polegał na tym, że wzdłuż korytarza przemieszczono biurko z usadowionym zań rachmistrzem, który z namarszczonym czołem zliczywszy elementy ruchomego i nieruchomego wystroju cel wciągał je pieczołowicie do rubryk wyrysowanych na papierowych kartkach, podczas gdy każdy z nas był zobowiązany do wyniesienia całego majdanu na korytarz, po czym zanosił go z powrotem do środka. Panu rachmistrzowi do pełnego wizerunku biuralisty z prawdziwego zdarzenia brakowało tylko herbaty w szklance, zarękawków i pióra z kałamarzem. Witajcie w XXI – wiecznej rzeczywistości więziennej w Polsce.

Kolejny dzień przyniósł ze sobą kolejne wyjście. Tym razem opuścił nas Tadzik, również podobną modą, z bagażem zabranych przezeń komunikatów dla wolnego świata, które należało przemycić poza mur bodaj jeszcze większy niż u poprzednika. Szkoda, że nie wpadliśmy na pomysł, by wypisać mu całą tę treść na plecach; wtedy pewność jej dotarcia byłaby praktycznie 100%, a w domu jakoś by to już odczytali. Poza samym przyrzeczeniem przekazania wszystkich wieści komu trzeba, ucieszył nas pomysłem pojawienia się na mszy transmitowanej co niedziela w lokalnej TV, z której obiecał nam przy sprzyjających wiatrach pomachać, czy nawet puścić „zajączka” (dla niewtajemniczonych, chodzi o pokazanie dwoma palcami zakazanego za komuny znaku V, symbolizującego zwycięstwo i/lub wolność). Druga obietnica dotyczyła wypicia naszego zdrowia w knajpce u Achmeda. Tadek – nasze wątroby są z Tobą.

Hm, wreszcie po dłuższym czasie udało mi się napisać w miarę porządny kawałek typowo kronikarski, zamiast wysilać się na impresje. Czas był najwyższy.

——————————————————————

W żeńskiej części aresztu, serwowany czasem na pierwsze danie wodnisty barszcz nazywa się w kobiecej grypserze „okresówą”. Aj. Ajajaj. Fuj. Ale odnotować trzeba, co zrobić.

Reklamy

Dodaj komentarz

Brak komentarzy.

Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s