Twierdza „Monte”, czyli dlaczego się nie bać

Grube, bo około metrowej szerokości mury aresztu stanowią nie tylko zaporę fizyczną niemożliwą do sforsowania bez bazooki i czołgu klasy przynajmniej „102 Rudy”, ale i swoistą wirtualną otulinę, izolującą pensjonariuszy od uroków i pokus zewnętrza. Wraz z zamknięciem więziennej bramy odcinają cię nie tylko od przechadzek po parku, zakrapianych dań a’la carte, muzyki, wypraw do dowolnie wybranej pustelni, ale też od zmartwień, trosk i fobii. Pominąwszy przyziemne, takie jak rachunki i sprawy urzędowe, to pobyt za kratą chroni cię również przed plotkami, układami i wyścigiem szczurów, a także przed ospą, dyzenterią, dżumą i cholerą, jeśli ich zarazki grasują akurat po mieście, a nie miały fantazji zawitać do twojego zakładu penitencjarnego.

Ochrona Twojej osoby jest więc kompleksowa i prawie doskonale nieprzepuszczalna stanowiąc coś na kształt połączenia średniowiecznej, solidnej ponad miarę twierdzy i kordonu sanitarnego. Uchylające się z rzadka i niechętnie drzwi, ani na jotę nie zmieniają sytuacji, a pierścień otaczających zabezpieczeń nie ulega poluzowaniu. Dodatkowo drzwi i zamontowana w nich klapa pełnią rolę na poły magiczną, gdyż przez nie docierają do nas oczekiwane nieraz z niecierpliwością posiłki, paczki, komunikaty o widzeniach z rodziną i adwokatami, listy od bliskich i lekarstwa dla potrzebujących. Czasami co prawda przez klapę listonosz, zwany tu obrazowo „gołębiem” wsunie pismo z sądu lub prokuratury, co rzadko witane jest wybuchami entuzjazmu, ale jedna niedogodność przy tylu zaletach niewarta jest nawet wzmianki. Całość zorganizowana jest na kształt zabezpieczonego ze wszystkich stron i wyposażonego w podstawowe wygody pomieszczenia z jednym kanałem, przez który przesyłane jest powietrze o miłym zapachu i nawiew promieni optymizmu. Sytuacja wprost wymarzona dla paranoików – a wszak paranoik też człowiek.

Bo zadajmy sobie pytanie następujące: czego właściwie boimy się na wolności? Pająków (które owszem, czasami się tu przydarzają), wysokości (nie ma zastosowania, bo rzadko wznoszone są kryminały wyższe niż czteropiętrowe), otwartych przestrzeni (wolne żarty!), innych ludzi (cóż, ten czynnik jest obecny wszędzie tam gdzie są obecni inni ludzie), czy wreszcie horrorów.

Z horrorami sprawa ma się o tyle ciekawie, że nikt naturalnie nie odczuwa strachu na myśl o obejrzeniu filmu z tego gatunku, tylko po seansie możemy co najwyżej nabrać odruchu nerwowego rozglądania się wokół siebie, nawyku zapalania wszystkich świateł w domu, a każdy szelest czy trzask jawi się nam jako sygnał nadciągającego nie wiadomo skąd Nieznanego – symptomy utrzymują się przez okres od mniej więcej jednej godziny, w maksymalnej długości do zaśnięcia, względnie się upicia, i w rezultacie również zaśnięcia. Horror serwowany w warunkach więziennych, to zupełnie inna rzecz; owszem, podczas oglądania wytworów wyobraźni Briana de Palmy, Kubricka czy Friedkina zdarza się, że widzowi przebiegnie po kręgosłupie zimny dreszcz, ale po wyłączeniu odbiornika nie nachodzą – przynajmniej mnie – żadne strachy, odruchy miewam zdrowe. Jęk w rurach oznacza jęk w rurach (ewentualnie proces produkcyjny w Szuflandii), zaś ja sam idę spać i nie jest mi do tego wcale potrzebne wspomaganie C2H5OH dla utopienia upiorów.

I w ten sposób fobie skutecznie i bezpowrotnie nikną, sprasowane gdzieś w małym i nieznanym zakątku świadomości przez wirtualny mur, a ty pozostajesz silny, zwarty i gotowy. Poza tym – „w więźniu trza twardym być”, więc się jest.

Współczuć można jedynie tym, którzy za kratami pozostawili swoje dziewczyny, żony i kochanki, zgrzytają nieszczęśnicy zębami i wyrywają sobie włosy wróżąc: kocha – nie kocha, czeka – nie czeka, a co bardziej zdesperowani rozważają alternatywę: puszcza się – nie puszcza się. Ten strach jest bodaj jedyną fobią, która może ci się przytrafić, gdy znajdziesz się po tej stronie, i która jest w zasadzie nieznana większości z nas na wolności. Może wyjąwszy marynarzy międzykontynentalnych.

Tu, za tak potężną barierą, nawet oblężenie z ciężkim sprzętem nie jest w stanie nas przerazić. Zresztą, gdyby się powiodło, to mało który z nas poza ewentualnymi poległymi byłby z takiej sytuacji niezadowolony. Jeśli świat runie, to dwoma gatunkami, które by przetrwały, byłyby szczury i więźniowie. Zaś ci ostatni daliby z pewnością początek rasie ani szczególnie lepszej, ani gorszej od innych.

——————————————————————–

Po południu, na krótko przed 16:00, do celi zawitał klawisz, każąc się spakować Romkowi, najcichszemu i najbardziej niepozornemu z osadzonych w naszej celi. Na pytanie „Dokąd?” otrzymał odpowiedź: „Jak to dokąd? Do domu!”. Gdy pakował swój dobytek, zauważyłem, że ciężko mu zapanować nad rękami. Ta wiadomość, spadając tak niespodziewanie na więźnia, jest tak radosna, że prawie przeraża. Teraz Romek zdaje w magazynie materace, platery i więzienne ciuchy, podpisuje kwity i odbiera depozyt, a każdy ruch przybliża go do wolności. W radiu – jakże trafnie – leci akurat „Małe szczęścia” Jansona.

„Radość jest w nas!…”

Reklamy

2 Komentarze

  1. Fascynująca opowieść o strachu szczególnie tych bardziej zdesperowanych, co wierzą że kocha, czeka i nie puszcza się.

  2. Świetna robota, szkoda ze w wiezieniach nie ma dystrybucji. Pozdrowienia z Londynu


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s