Względność czasu, albo dlaczego nie można podumać w kiblu

Ponieważ człowiek permanentnie szczęśliwy byłby zapewne głęboko nieszczęśliwy, Natura, Bóg, czy Entropia wymyśliła dla ludzi swoistą sinusoidę dziania się, byśmy mogli docenić jaśniejsze momenty na zasadzie kontrastu, gdy pojawią się po szarych dniach, lub byśmy mieli za czym tęsknić, gdy los nie sprzyja. Prawidło to działa naturalnie w każdym środowisku, a to, w którym obecnie przebywam nie jest wyjątkiem. Jedną z rzeczy dostępnych na wolności, której mi tu chyba brak najbardziej jest prywatność. Nie bardzo jest gdzie ją znaleźć – można co prawda wdrapać się na kojo i zanurzyć w lekturze, ale z zewnątrz dobiega konglomerat bodźców dźwiękowych: radio, telewizor, rozmowy, bądź spory współosadzonych, co bynajmniej nie sprzyja koncentracji. Kącik, choć zwany gdzieniegdzie w literaturze „świątynią dumania”, nie jest miejscem ani szczególnie urokliwym, ani inspirującym, a jego przydługa okupacja nie jest zbyt mile widziana – zgodnie z prawem Murphy’ego zaszycie się w nim automatycznie skutkuje pojawieniem się potrzeby jego odwiedzenia praktycznie u wszystkich współspaczy („kąpiele zawsze uaktywniają dzwonek Twojego telefonu stacjonarnego”). Tak, jakby nie mogli przestawić się na gastryczny obieg zamknięty, przynajmniej w tych chwilach, gdy geniusz tworzy legendę. Chwilę odosobnienia można znaleźć na spacerniaku, ale i tam ktoś co chwila podejdzie, zapyta o coś, czy poprosi o papierosa, przerywając wątek myśli. Z drugiej jednak strony, gdyby rzucono mnie na celę jednoosobową, to zapewne po kilku dniach wisiałbym uwieszony zębami u kraty, domagając się towarzystwa, zaś na spacerach zanudzałbym wszystkich dowolnie wybranymi tematami, od kosmologii począwszy, a na konsystencji porannego stolca skończywszy, co raczej nie przysporzyłoby mi grona wdzięcznych słuchaczy. Jak widać z powyższego wywodu – o szczęście trudno nawet w kryminale.

Inną kwestią, którą ciężko byłoby nazwać dobroczynną, oraz prawidłem nie do obalenia, ba! nieledwie aksjomatem jest spowolniony cykl czasowy. Zagadnienie to zaprząta moje myśli nader często, i pewnie zdarzy mi się poświęcić mu niejedną strofę, nie zapominając jednocześnie posłać w jego kierunku przygarści jobów. Czyż bowiem optymizmem miałaby napełniać człowieka świadomość, że najmniejszą jednostką czasu jest dzień i właściwie należałoby usunąć z zegarka wskazówki, pozostawiając tylko datownik? W sumie szkoda urządzonka… Wszystko co może się wydarzyć, następuje najwcześniej jutro: „Czy można do biblioteki? Do działu finansowego? Zobaczyć się z wychowawcą? Jutro. Domani, mañana, tomorrow. Sekundy, minuty i godziny są jednostkami pomijalnymi na granicy błędu statystycznego. Adwokat, który ma przyjść „na dniach” zjawi się najczęściej za 2 tygodnie, widzenie, do którego masz prawo dwa razy w miesiącu zdarza się najczęściej… raz na dwa miesiące. Kąpiel – raz na tydzień (z czego jasny wniosek, że odpowiednikiem jednego dnia jest okres siedmiodniowy), spacer raz dziennie, a i to nie zawsze; zajęcia rekreacyjno-ruchowe (stół, dwie rakietki i piłeczka) przysługują – z grubsza – raz na miesiąc. Według takiej miary czasu więźniowie powinni bez większego uszczerbku na metryce być w stanie odsiadywać 120-letnie wyroki i wychodzić nadal w stanie zdolności rozpłodowej.

Niestety wszystkiemu winien jest nieubłagany metabolizm – 3 posiłki dziennie i regularne wypróżnienia czynią z nas niewolników tradycyjnego kalendarza. A może by tak po prostu rzucić jedzenie?… Zapytam o zdanie panią psycholog; dawno się z nią nie widziałem, no i ciekaw jestem jej miny, nie ukrywam.

Trzeba z drugiej strony uczciwie przyznać, że oczekiwana i odwlekana w czasie przyjemność sprawia nam tym więcej radości im dłużej na nią czekamy. Realizacja ideału w tym zakresie jest niemożliwa, niestety, nawet teoretycznie: nieograniczoną rozkosz mogłaby nam sprawić wyłącznie rzecz, na którą czekalibyśmy… nieskończenie długo – i w ten sposób zamyka się pętla niemożliwości. Na szczęście zostają nam w odwodzie niewielkie, acz przecież sprawiające frajdę uśmiechy losu – w tym miejscu wyczekiwane ze szczególną niecierpliwością, i o tyle bardziej entuzjastycznie witane. Bilans się więc zgadza.

Chwile cieszącej mnie prywatności zdarzają się wieczorami, gdy chłopaki odpływają do krainy snów, a ja mogę puścić wodze fantazji, leżąc przedsennie na koju i wyświetlając sobie pod powiekami film własnej reżyserii. Czasami, jak wczoraj, dają w TV coś wartego obejrzenia, i można zanurzyć się w kino nie dbając o preferencje pozostałych, ani nie będąc skazanym na komentarze, czy inne – poza okazjonalnym chrapaniem – zakłócenia dźwiękowe.

Wczoraj obejrzałem sobie „101 Reykjavik”, film, na który miałem swego czasu ochotę, ale nie udało mi się go zdobyć w wypożyczalni. Pewnie więc nie byłoby dane mi go obejrzeć, gdyby nie to, że dziwnym zrządzeniem losu znalazłem się za kratami. Po filmie siedziałem przez chwilę, paląc papierosa i trawiąc treść świeżo wchłoniętej opowieści, po czym wspiąłem się na „tygrysa” i długo wpatrywałem się w jedyne widoczne z naszej celi drzewo, którego gałęzie tańczyły w nocnym deszczu.

Poszedłem spać prawie szczęśliwy.

——————————————————————-

Jeden z ziomali zobaczywszy mnie po przebudzeniu, stwierdził, że wyglądam jak własny portret pamięciowy. Jeszcze nie wiem, czy to miał być komplement, czy zwyczajnie chciał mnie obrazić.

Reklamy

1 komentarz

  1. oj bardzo to fajne 🙂 istota szczęścia. czasem będąc wolnym człowiekowi ciężko do tego dojść.


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s