Konsumpcyjna rozpusta, czyli okratowana manufaktura

Ogólnie rzecz biorąc, na brak wrażeń w miejscu tak kosmicznie zwichrowanym jak areszt śledczy, czy więzienie narzekać byłoby grzechem, i to raczej z gatunku tych ciężkich. Powodzenie wszelakiej maści opowieści zza krat, czy to w formie pisanej, czy filmowej jest niezaprzeczalne, pod warunkiem, że po pierwsze autor potrafi swoją historię w miarę zgrabnie opowiedzieć, a po drugie w takich narracjach musi znaleźć się odpowiednia ilość wydarzeń i /lub przemyśleń, które zaspokoją łasego na wrażenia odbiorcę; najlepiej by mroziły krew w żyłach i/lub podnosiły włosy na głowach, lub w innych zakątkach korpusu. Efekty w postaci zimnego potu, grozy i tzw. zamurowania też są naturalnie w cenie.

Jak już jednak niestety odnotowałem, moje zapiski być może się i komuś na coś przydadzą, ale na pewno nie posłużą za kanwę nawet do oszczędnego thrillera. W zamian mamy typową fabułę obyczajową, a autor z najwyższym wysiłkiem walczy o to, by nie powstało z niej coś na kształt np. „Nad Niemnem” i choć trzeba gwoli sprawiedliwości przyznać, że co do objętości, to nie ma gwarancji, że ilość stron niniejszego dziennika nie przekroczy tej, która tworzy niesławnej pamięci dzieło Elizy O. Ale nawet brak typowo bandyckich i ociekających krwią klimatów nie powstrzyma chętnego pióra do pisania; po prostu „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”, jak mówi klasyk. W końcu ilość wrażeń przypadających na osobometr bez względu na ich naturę i tak przekracza zakres przeżyć doświadczanych przez przeciętnego kibica na meczu piłkarskim, zwłaszcza, że nigdzie indziej wrażenia nie dotyczą człowieka tak osobiście.

Tak więc, jak się rzekło, rzeczywistość jest szczodra w stosunku do osadzonych w kwestii ilości doznań. Ale bywa – choć niektórym może być trudno w to uwierzyć – że zdarzają się dni obfitujące w wydarzenia do tego stopnia, że przeciętny kronikarz nie wyrobi normy, a i uzasadnione są wątpliwości, czy z opisem takiego dnia poradziłby sobie mistrz Wincenty Kadłubek ze stenotypistką. Przed zachodem słońca, rzecz jasna.

Dziś bowiem, poza rutynowymi na co dzień posiłkami, przepierkami itd. miały miejsce: kąpiel, wizyta u lekarza, wizyta mojego adwokata i wypiska. To jest oczywiście wczoraj – jak się rzekło, Kadłubek ze stenotypistką ze mnie nie jest, wobec czego do pisania musiałem usiąść dzień później. Najbardziej doniosłym z wyżej wzmiankowanych zdarzeń było to ostatnie, jako że od dłuższego czasu byłem zmuszony korzystać z cudzych zapasów, z rosnącą niecierpliwością oczekując na opóźniającą się wymianę posiadanych przeze mnie w momencie aresztowania euro na złotówki. Szczęściem mój osobisty adwokat był uprzejmy wpłacić mi na więzienne konto pewną ratującą mój tyłek sumę, dzięki której mogłem wykupić – tak na oko – pół kantyny. Swoją drogą wyobraźcie sobie prawnika, który nie dość, że nie żąda od Ciebie pieniędzy, ale jeszcze je daje! Albo wypadałoby to nazwać prawdziwą męską przyjaźnią, albo ja jestem jakiś… hmm, nietypowy. Historia rozsądzi.

Po wykupieniu części zasobów kantyny, znacznie niestety mniejszej niż przewidywana połowa i zwróceniu tytoniowych oraz spożywczych należności oddałem się totalnej rozpuście konsumpcyjnej: zjadłem sutą kolację z prawdziwym żółtym serem, wędliną i pomidorem, zrobiłem sobie przepyszną herbatkę z miodem, a na deser wypaliłem czerwonego Marlboro, przegryzając go białą czekoladą i czosnkiem, który – jak wiadomo – ma zbawienne działanie bakteriobójcze. Mam nadzieję, że dobry Bóg nie pokarze mnie za to, zsyłając na grzesznika atak pienistej sraczki, z rozbryzgiem na dodatek.

Zwrócenie tytoniowych długów wymagało ode mnie sporo pracy – musiałem skręcić kilkaset papierosów przy pomocy magicznej maszynki. Papierosy wychodzą o dziwo równo, ja zaś przy bliższej inspekcji i tak nie byłem w stanie odkryć, jak to się dzieje – zresztą przy moich uzdolnieniach technicznych nie potrafiłbym zaprojektować nawet zapałki, zaś przy spinaczu biurowym z pewnością popłakałbym się z nerwów.

Przy wczorajszej rozgrywce karcianej dla odmiany puściliśmy sobie, zamiast zwyczajowych treści policyjno-więzienno-sądowniczych program przyrodniczy, do którego libretto czytała swoim urzekającym głosem Krystyna Czubówna. Na dokładkę program był o żółwiach, więc tętno zwolniło nam do tego stopnia, że wyłączono nam światło, zanim skończyliśmy pierwszą licytację.

———————————————————————-

Obejrzeliśmy oczywiście w ramach ćwiczeń nadobowiązkowych z resocjalizacji „Skazanych na Shawshank”. Kocham tutejszy areszt, a na klawiszy nie dam już nigdy powiedzieć złego słowa.

Reklamy

1 komentarz

  1. Bardzo mi się podoba sposób, w jaki opisujesz swoją rzeczywistość…


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 414,791 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Lipiec 2010
    Pon W Śr C Pt S N
    « Czer   Sier »
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    262728293031  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.