Implozja bytowa, czyli dlaczego (prawie) wszystko staje się małe

Można w sumie powiedzieć, że w aresztach i więzieniach króluje proces ogólnego i wszechobecnego pomniejszania. Zaczyna się od pomniejszania przestrzennego: nie ma łąk, pól pokrytych kwieciem, zbożem czy bodaj asfaltem, jezior i rzek. Nawet pozornie zawsze bezkresne niebo jest objęte ramą okna, a w jednogodzinnych, codziennych epizodach spacerowych jest obmurowanym skrawkiem, zawsze poszatkowanym wiadomym wzorkiem. Naturalnie nie muszę nawet wspominać o zmniejszeniu przestrzeni użytkowej w warunkach, które pozwolę sobie tu nazwać „czterościennymi” z 20-30 metrów kwadratowych do poniżej trzech.

Drastycznie skurczyć się muszą, siłą rzeczy, wymagania: począwszy od kulinarnych (o czym wspominałem już wcześniej), poprzez higieniczne, gdzie nie tylko częstotliwość kąpieli, ale i jakość przydzielanych przez administrację środków pozostawia sporo do życzenia – tu nie zazdroszczę więzionym za czasów komuny, czasów permanentnego niedoboru takich luksusów jak szare mydło i jeszcze bardziej szary papier, zwany „papierem do dupy” o wiele słuszniej i prawdziwiej niż dziś, na kulturalnych skończywszy, ponieważ życie duchowe ogranicza się do marniutkiej biblioteki i 6 kanałów TV, z puszczanymi w nieregularnych odstępach przez wychowawcę filmami DVD, rzadziej niż częściej. Kurczy się też pole manewru na praktycznie wszystkich frontach; ilość zawieranych codziennie kompromisów wzrasta wprost proporcjonalnie do wysokości zagęszczenia osobowego w miejscu pobytu. Wyobrażam sobie, że przeciętny, żyjący w związku małżeńskim facet jest zmuszany codziennie do zawierania kilkunastu do kilkudziesięciu kompromisów w momentach, gdy np. jedno chce jechać na polowanie, a drugie na zakupy (lub na odwrót, co jest jednak znacznie rzadsze), jedno ma ochotę na obiad, a drugie na śniadanie, jedno chce usiąść na fotelu, a drugie też chce usiąść na fotelu (rzadki, ale w praktyce niewykluczony przypadek, gdy jedność chęci staje się źródłem konfliktu) lub gdy jedno ma ochotę wyć i wyje, a drugie ma wtedy ochotę uciec, więc naturalnie spieprza tam, gdzie jest cicho, albo gdzie wycie ma charakter zorganizowany, jak mecz piłkarski czy koncert heavymetalowy. Ilość tych kompromisów wzrasta znacznie, gdy na świecie pojawia się potomstwo i jeszcze pół biedy, gdy występuje ono w pojedynczym egzemplarzu – w skrajnych sytuacjach dochodzi do stanu, gdy wszyscy troje wyją, po czym rozbiegają się byle dalej, osiągając w ten sposób doskonałą harmonię działań, zarówno przyczynowych, jak i skutkowych. Warto przy tym zauważyć, że niełatwe bądź co bądź współistnienie tego typu zachowań w stadłach, u podstaw powstania których legła w założeniu wzajemna fascynacja, miłość i postanowienie bycia razem forever, choćby nie wiem co, bywa często pieczętowane straszliwymi przysięgami przed przedstawicielami Stwórcy oraz wymianą bezłańcuszkowych kajdanek ze złota, zakładanych wyjątkowo na palce, bo są one miniaturowe. Spróbujcie, pamiętając o powyższym wyobrazić sobie, ile kompromisów trzeba zawierać nie z trzema, ale z ośmioma osobami na przestrzeni kilkakrotnie mniejszej od przeciętnego mieszkania, w dodatku wcale ich nie kochając. Jeśli nie jest to sporą sztuką, to nie wiem, dalibóg, jak to nazwać.

Choć rozważania powyższe koncentrują się pozornie na mnogości, to nadal twierdzę, że rządzi tu, na wszystkich poziomach, swoista krasnoludkizacja życia; lub, by miano zjawiska brzmiało uczenie i jeszcze bardziej niezrozumiale – nazwać by je można gnomizacją egzystencjalną.

Bardzo konkretne kształty przyjmuje tu pomniejszanie radości. Autentycznie się cieszę z papierosowych wygranych w karty, z perspektywy odwiedzin adwokata, z tego, że napisałem list do przyjaciela, z nadziei na to, że może odpisze. Z większą niż dotychczas przyjemnością oglądam w telewizji filmy (choć tak naprawdę wartościowe pozycje pojawiają się nieczęsto) i uważniej się wsłuchuję w ulubione piosenki, choć okazywanie uczuć, a zwłaszcza ich pieczołowite hołubienie nie służy zbyt dobrze całości życia emocjonalnego. Innymi słowy – wyższe stany ducha też występują (a przynajmniej powinny) w farmie kompaktowej. Pigułkizacja uczuć – brzmi jak coś żywcem wydartego z wizji Huxleya.

Ostatnio, podczas oglądania zaserwowanego nam na DVD „Władcy pierścieni”, przyszła mi do głowy ciekawa refleksja: drużyna wybiera się w długi i najeżony niewyobrażalnymi zgoła niebezpieczeństwami szlak, świadoma z jednej strony możliwości niepowodzenia, a z drugiej strony… niesiona nadzieją. Bo kiedyś pewnie wreszcie dotrą miejsca przeznaczenia, wbrew wszystkim i wszystkiemu. I taka samą (lub podobną) nadzieję powinien mieć każdy więzień – kiedyś to się skończy, kiedyś dojdę, bez względu na to, co spotkam u celu podróży.

Nie mogę się tylko zdecydować, czy jestem bardziej Frodem, czy Gandalfem. Chyba jednak Frodem.

—————————————————————–

W kolejnym notowaniu Więziennej Listy Przebojów na 1. miejsce awansował utwór „I want to break free” grupy Queen – odnotowuje kronikarz.

Reklamy

5 Komentarzy

  1. Coraz nudniejsze te opowiesci, juz nie czyta sie z zapartym tchem jak na poczatku….

  2. Egonie: rzecz gustu – nikt Cię nie zmusza, żeby czytać 🙂

    Pozdro,

    Alti

  3. Witam
    Może Egon ma troche racje. Ale gdy czytam te coraz bardziej filozoficzne rozmyslania Kalasanetgo zawsze przechodzi mi myśl jak taki inteligentny człowiek z takim spojrzeniem wielowymiarowym na życie mógł trafic tam gdzie trafił. to jest zadziwjające dla mnie. Nadal czekam na każdy odcinek opoweści Kalasantego. Gdy przychodzi czwartek sprawdzam czy jest coś nowego. Tak więc pomimo braku komentarzy napewno dużo ludzi czyta tak jak ja. pozdrowienia

  4. Nikt mnie nie zmusza ale czytam 🙂
    Tylko tak jak pisalem, moze wtedy bylo ciekawsze bo to cos nowego, zreszta o czym moze ciekawym pisac czlowiek zamkniety 23 godziny w malej celi, pozdrawiam i czekam na nastepny odcinek 🙂

  5. Trafiłam na blog przypadkiem, szukając jako studentka resocjalizacji ciekawej literatury- i znalazłam! Przeczytałam jednym tchem, od początku do końca. Ostatnio jeden z wykładowców zafundował nam wycieczkę edukacyjną do AŚ, gdzie główną „atrakcją” było zwiedzanie sali widzeń, jednej z cel i krótki spacer po spacerniaku. Kontaktu z osadzonymi oczywiście nie mieliśmy, dlatego tym bardziej cieszy mnie, że mogłam uzupełnić swój obraz prawdziwej, nie filmowej instytucji totalnej o refleksje osoby tam osadzonej. I przyznam szczerze, że dla mnie jako osoby aspirującej po studiach do pracy w tego typu instytucji, jest to lektura ciekawsza i bardziej przydatna niż podręczniki bazujące tylko na teorii. Być może nawet zrodził mi się też dzięki temu blogowi pomysł na temat pracy licencjackiej, kto wie. Za to dziękuję Autorowi i jego współpracownikom. Pozdrawiam.


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 417 246 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Czerwiec 2010
    Pon W Śr C Pt S N
    « Maj   Lip »
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    282930  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.