Sport a Kodeks Karny, czyli co ma ping-pong do adwokata

Dzień pełen wrażeń. Przeżyciem z gatunku niewątpliwie wyjątkowych, serwowanym przez władze aresztu w założeniu raz w miesiącu (choć „reglamentacja” byłaby tu określeniem właściwszym) jest wyjście na salę gimnastyczną, o ile aresztanci są w ciągu miesiąca poprzedzającego to radosne wydarzenie grzeczni, cisi i w miarę możliwości bezwonni. Sama zapowiedź wyjścia wzbudziła za pierwszym razem w moim mózgu obrazy pełnowymiarowej hali z drabinkami, skrzynią, tablicami do gry w kosza oraz podobnie wyposażonych akcesoriów dostępnych na sali WF w przeciętnej szkole podstawowej. Obrazy te szybko stłumiłem, pamiętając mały test, któremu zostałem poddany niedługo po zadomowieniu się w mojej celi: polegało to na tym, że któryś z chłopaków zadał mi ze stuprocentowo poważną miną pytanie, czy z magazynu wydano mi czepek kąpielowy, który przyda się przy wyjściu na basen. Reakcją na moje ostrożne i niezbyt pewne: „Nieee…” było kilka westchnień i stwierdzenie, że będę musiał udać się do jakiegoś tajemniczego Józka, który podobno jest władny rzeczone czepki wydawać i że to spory kłopot proceduralny. Pamiętam, że bliski byłem uwierzenia, że instytucja nasza dysponuje basenem, dopóki żartobliwy błysk w oku jednego ze współwięźniów nie objawił mi, że zadane pytanie miało na celu wyłącznie wysondowanie poziomu mojego kretynizmu. Z tego co wiem, w wyniku testu strzałka wychyliła się odrobinę poza punkt oznaczający 50% na moją korzyść, co zapewne zostało podsumowane wnioskiem: „kretyn, ale rokujący”. Dobre i to.

Ponieważ ćwiczenia fizyczne w celi, z braku sprzętów, ograniczają się do pompek, podciągania się na ramie górnego łóżka (o ile ktoś ma nad sobą jeszcze jedno łóżko), przysiadów i pogłębionych opuszczeń z dwóch rąk opartych na taboretach, okazja wyjścia na lekcję wuefu jest nie do przecenienia. Droga prowadząca na salę, która mieści się w piwnicach jest tak skomplikowana i prowadzi przez tyle schodów, że sam Dedal – budowniczy mitycznego Labiryntu, dostałby szału, zaś ja powziąłem podejrzenie, że prowadzący nas tam strażnik za Chiny Ludowe, i to mimo wieloletniego stażu, nie ma prawa się obyć bez mapy i kompasu – choć znacznie lepszy i bardziej na czasie byłby wyposażony w krótkofalówkę odbiornik GPS.

Sala okazała się, naturalnie, powierzchniowo skromna. Drabinkami się, rzecz jasna, nie mogła pochwalić, wysokość sufitu uniemożliwiała wystawienie bodaj jednej piłki do zbicia podczas meczu siatkówki, bo piłka taka z miejsca uderzyłaby w głowę wystawiającego, a tablica z koszem była tylko jedna. Słowem – całość wyglądała jakby pełnowymiarową salę sportową zamurowano w połowie, z jednej strony i od góry, przeznaczając uzyskaną przestrzeń na cele szczytniejsze niż jakieś tam rozrywki fizyczne dla szumowin społecznych, którymi niewątpliwie jesteśmy.

Aby jednak nie ograniczać się do sarkania, trzeba przyznać, że do dyspozycji osądzonych dyrekcja przekazała aż dwa stoły do ping-ponga. Z zapałem jąłem się więc rakietki i wygrałem aż dwa z 10 meczów, pocąc się przy okazji jak ruda mysz. Z samym wychowawcą przegrałem gładko z pięć partii rzędu, mając od czasu do czasu kupę radochy przy niektórych zagraniach – w normalnych warunkach śmiałoby się z nich obu graczy. Ku mojemu zdziwieniu ubaw miałem tylko ja; żałobny wyraz twarzy wuefisty był albo wrodzony, albo wynikał z zawodowej powagi, jak u grabarzy. Kto wie, może za uśmiechy obcinają mu premię?…

Drugim wydarzeniem dnia było spotkanie podczas powrotu z zajęć gimnastycznych kolegi ze szkoły – prawnika, którego spontanicznie i z niemałą ulgą postanowiłem uczynić moim adwokatem, po tym, jak mój pierwszy obrońca wystawił mnie do wiatru, nie pojawiając się do dziś. Łukaszowi podpisałem ukradkiem i na kolanie pełnomocnictwo, ryzykując zjebkę od pałętającego się w pobliżu strażnika i w ciągu kilkudziesięciu sekund stałem się dysponentem osobistego mecenasa. O kwestie finansowe postanowiłem zatroszczyć się później, najlepiej po zakończonej sprawie.

Zawód adwokata to zjawisko niemal na osobną powieść. Idealny obrońca to człowiek o obojętności grabarza, wyrozumiałości spowiednika i odporności patologa sądowego. O ile nie miałbym specjalnych skrupułów, by omówić moje wstydliwe grzeszki z nieznanym prawnikiem, o tyle zwierzanie się – bądź co bądź – kumplowi z tego, że molestuje się seksualnie 80-letnią sąsiadkę z parteru, nałogowo podkrada jabłka na działkach, czy nie daj Boże, dysponuje się nielegalna kopią Windowsów może być przeżyciem intymnym i przeto nieco krępującym. Liczę jednak po cichu na to, że Łukasz zachowa pokerową twarz i nie będzie wartościował moich występków, podobnie jak bohater znanego dość szeroko w kręgach palestry dowcipu.

Dialog między zatwardziałym mordercą seryjnym a jego adwokatem:

A: „No więc, podsumujmy. W trzech wypadkach ma pan alibi, bo są uzasadnione wątpliwości co do okoliczności. W dwóch nie znaleziono ciał – to mamy odfajkowane… A w tym ostatnim zmienimy kwalifikację czynu z zabójstwa na pobicie ze skutkiem śmiertelnym i to w afekcie, co jest okolicznością łagodzącą… Taa, powinniśmy zbić wyrok z dożywocia na jakieś osiem lat…”

M.S.: „Ale przecież pan wie, że ja je wszystkie… no, tego, zajebałem.”

A: „Oczywiście. Wracając do tego ostatniego przypadku…”

M.S.: (przerywa zdziwiony) „To co, to pan wie, że ja to wszystko zrobiłem i będzie to pan odkręcał i ściemę sądowi sprzedawał?”

A: (tłumacząc oczywistość) „No, naturalnie. Taki mam zawód.”

M.S.: (totalnie zaskoczony i zniesmaczony wyrzuca z siebie) „Kurwa, JA bym tak nie potrafił…”

Tak czy siak – szczerze i prawdziwie jestem zadowolony, ze jest ktoś, kto będzie mi uczciwie chronił dupę na rozprawie. Czytelniku – nie zapominaj, że mimo wszystko jestem kryminalistą.

———————————————————————————————–

Graffiti zaobserwowane podczas czekania w kolejce do lekarza: „Drogi tato, droga mamo, weźcie mnie do Guantanamo”. Wybacz im, Panie, albowiem nie wiedzą, co piszą.

Reklamy

3 Komentarze

  1. Zazdroszczę Kalasantemu wizyty na „sali gimnastycznej” . Ja oraz nikt spod celi w której pomieszkiwałem pół roku jako tymczasowy aresztant nawet „nie powąchaliśmy” zapachu takowej . Na salę mieli dostęp wyłącznie skazani . A ruch potrzebny jest tam jak rybie woda . Po pewnym czasie człowiek tak gnuśnieje , że ciężko się z koja poderwać żeby sobie herbatki czy innej kawy naparzyć :-))) . A działo się to na ulicy Smutnej 21 w pięknym mieście Łodzi ….

  2. Końcówka jak wesoła i zaskakująca. Jak sie miewa Kalasanty pod względem psychicznym i ile jeszcze bedzie lezakowal?Pozdrawiam Kala i ekipe:)!

  3. super prosze jeszcze


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 417 246 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Styczeń 2010
    Pon W Śr C Pt S N
    « Gru   Lu »
     123
    45678910
    11121314151617
    18192021222324
    25262728293031
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.