Przejściówka, czyli drzwi bez klamki

Aby zapewnić odpowiednią, prawie jak u Hitchcocka, eskalację wrażeń, aresztowanego nie zamyka się bynajmniej od razu w celi nomen omen „docelowej”, lecz w tzw. przejściówce, która pełni tu rolę czegoś w rodzaju lokalu zastępczego, czy socjalnego – jak zwał, tak zwał. Nie muszę dodawać, że przejściówki nie różnią się w sumie niczym od cel zwyczajnych, poza tym, że brak w nich urządzeń i ozdób świadczących o zasiedzeniu, czyli np. telewizora i makatek na ścianach. Pensjonariusze przejściówek nie dbają też specjalnie o schludność wnętrza, mając w nieszczególnym poważaniu porządki, zaś kącik sanitarny zdobi liczniejsze niż gdzie indziej graffiti, z nieśmiertelnym hasłem „Byłem tutaj – Tony Halik” na czele.

W celi, zwanej tyleż pogodnie, co niesłusznie „Sanatorium pod pluskwą” poznałem Marka: turystę-szczęśliwca, odsiadującego raptem 12-dniowy wyrok za niezapłacony mandat, oraz Szymona w zielonym kubraczku, którego miałem już okazję poznać w sieczkarniku, a który, jak się okazało, zawinił podpalając, czy też raczej wysadzając w powietrze drzwi w siedzibie pracodawcy zalegającego mu z wypłatą. Zdolną mamy młodzież.

Czwartym lokatorem był Rumun Mitu, z którym dogadać się można było mieszanką języków czeskiego i włoskiego; szło mi to nadzwyczaj dobrze, zważywszy fakt, że żadnego z tych języków nie znam. Rumun Mitu był więźniem niepokornym i domagał się w trybie natychmiastowym lekarza, adwokata, popa, telewizora plazmowego i wyjścia za kaucją (niekoniecznie w tej kolejności), twierdząc, że ma „molto penedzi”. Poza wykrzykiwaniem swoich żądań zajmował się przepierkami, pomstowaniem na „polski komunistyczny system więziennictwa” i kłótniami z Markiem o to, że ten drugi próbuje porozumieć się z nim po rosyjsku, a także o to, że Marek usilnie starał się doszukać u Mitu w pościeli rzekomo zagubionego tam scyzoryka. Marek oczywiście celowo przerysowywał sprawę – o scyzoryku w areszcie, czy w więzieniu nie ma mowy; chodziło o przydziałowy nóż z plastiku. Marek czerpał chyba złośliwą i perwersyjną satysfakcję z faktu, że Mitu nie kojarzy słowa „scyzoryk”. Może był (Marek) zresztą z Kielc – jakoś nie było mi dane tego zweryfikować.

Na wyprawkę socjalną, zwaną w formie zapakowanej w tobół „mandżurem”, składa się: zestaw plastikowych sztućców i naczyń, zwanych szumnie mianem „platerów”, materac w trzech segmentach ze śladami wydzielin, których składu wolałem nie dociekać, dwa koce przypominające te stosowane chętnie przez kolejarzy w nocnych pociągach osobowych relacji Małkinia-Koluszki w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, para prawie białych prześcieradeł, poduszka o wielkości orzeszka ziemnego, i zestaw higieniczny: dwa ręczniki (również, jak przypuszczam, sponsored by PKP), mydło prawie toaletowe, golarka i krem do golenia (chyba twarzy), szczoteczka najwyraźniej do zębów, z rozłażącym się bezwstydnie po trzech użyciach włosiem, proszek do prania wyżerający dziury w skarpetkach i wreszcie pasta, która pewnie wyżarłaby mi z kolei dziury w uzębieniu, gdyby nie to, że przezornie zaopatrzyłem się w tubkę pasty wiodącej marki (tu miejsce na reklamę).

Z Mitu wylądowaliśmy razem w ambulatorium na badaniach, gdzie udało mi się wytłumaczyć mu pytania dotyczące żółtaczki, siniaków i HIV; lekarz był nadzwyczaj sympatyczny, pielęgniarka uśmiechała się zza parawanu, więc obdarzyłem ich oboje na pożegnanie uprzejmym grymasem, z rozpędu kierując go również do czekającego na swoją kolej dżentelmena o wyglądzie katatonika, który oczywiście niczego nie odwzajemnił. Ciekawe, za co też biedaka zapuszkowali…

Dentysta mnie ominął, bo czekała mnie przeprawa z panią psycholog – widocznie uznano, że stan mojej duszy wymaga pilniejszej uwagi niż mój uśmiech á la Krzysztof Ibisz, przynajmniej tak dugo, jak zatrzymam go w całości. Pani psycholog okazała się kobietą młodą, w miarę nawet atrakcyjną, o ile występowała bez munduru (pozdrawiam!), o rozumnym spojrzeniu niezmąconym jeszcze żadnym natręctwem zawodowym, która, wydobywszy z zakamarków mojego sumienia większość zboczeń (a przynajmniej tak jej się wydawało), i pomilczawszy chwilę, określiła mnie jako „zamek na piasku otoczony kamiennym murem”, na wypadek, gdybym sam o tym nie wiedział, i uczęstowała teorią czajnika, w którym buzuje para, o ile mu się nie zdejmie gwizdka, i ona mianowicie chętnie się ze mną spotka, by mi ten gwizdek zdjąć w sprzyjającym momencie. Jezus Maria – aż strach sięgać po Freuda. Na koniec poradziła mi, bym postarał się przez trzy najbliższe dni kontrolować użycie zwrotów „ale” i „tyle, że”. Niech sama spróbuje, mądrala.

Po powrocie z medycznych peregrynacji w celi czekała na nas niespodzianka. W sześcioosobowej, wąskiej klitce zamiast czterech kłębiło się ośmiu facetów; my, „starzy”, i „nowi” – czterech wiekowych pensjonariuszy (w ich wieku każdy wyrok oznaczał dożywocie), których na własny użytek określiłem dla odróżnienia jako: Kaszlący Dziadek, Kulejący Dziadek, Kwękający Dziadek i Obłażący Dziadek. Brakowało tylko Dziadka Piaskowego. Byliśmy nieco przerażeni perspektywą dzielenia łoża z weteranami, ale wnet okazało się, że wysyłają nas już do cel „właściwych”. Czas było więc spakować majdan i się wynosić, wedle przydziałów.

—————————————————————————

Areszt Śledczy przy ulicy Montelupich zwany jest przez bywalców po prostu „Monte”. W tej sytuacji szczególnego wydźwięku nabiera reklama deseru czekoladowego: „Monte – dziecka smak”.

Reklamy

9 Komentarzy

  1. Jedno małe ale: mam wrażenie, że informacje o współwięźniach pozwolą zdeterminowanemu pracownikowi aresztu na odkrycie tożsamości naszego Autora. Oni chyba mają rejestry o tym kto, gdzie, kiedy i z kim przebywał w jednej celi? Piszę w trosce o istnienie tego bloga który czytam od pierwszego wpisu.

    • Azet: słuszna uwaga; dzięki za czujność 🙂

      Temat ten został już uprzednio poruszony z Kalasantym (mniejsza o to, jakim kanałem ;-)); nasz przyjaciel kanałem zwrotnym oznajmił, że imiona niekoniecznie muszą się pokrywać z rzeczywistymi. Np. Rumun Mitu może był/jest w rzeczywistości Słowakiem Honzą, Polakiem Anastazym etc. Rozumiem, że coś takiego to zgrzyt, bo skoro jeden element jest fikcją, to całość mogłaby łatwo być owocem wyobraźni. NIE WIEMY (Ziri i ja), jak dalece Kalasanty ubarwia opowieść. I nie dowiemy się, dopóki nie zobaczymy Go „z powrotem wśród żywych”. Bierzemy Jego historię za dobrą monetę, pomagamy Mu ją publikować, i… wiele więcej nie jesteśmy w stanie zdziałać na tym polu.

      Mamy nadzieję, że lektura przyniesie Ci jeszcze sporo przyjemności. Miło, że mamy wiernego Czytelnika 🙂

      Alti

  2. pozdrowienia z wolności, czytam czytam i o drogę pytam

  3. coś tu ktoś ściemnia 🙂
    skoro przecież podane wyraźnie jest na stronie końcowej że rzecz dzieje się na Montelupich 🙂 ??

    • Witaj, Gambolo, wśród czytających 🙂

      … a przede wszystkim wśród piszących.

      Chętnie poznam Twój punkt widzenia co do „ściemy”. Przede wszystkim: nie ma „strony KOŃCOWEJ”. Strona wprowadzająca/prolog precyzuje, że rzecz ma miejsce na Monte; i faktycznie tak jest.

      Określ, proszę, gdzie widzisz ściemę…

      Poza tym – nieustająco – miłej lektury 🙂

      Alti

  4. strona pt. About – podane jak byk 🙂
    wiec dokońca ta konspiracją nie jest skuteczna 🙂

    ale mimo wszytko – interesujaco się czyta 🙂
    ogromne pochwały dla autora 🙂

  5. Na blog trafiłam całkiem niedawno,ale lepiej późno niż wcale:)Jednym słowem jestem zachwycona.
    Nie rozumiem dlaczego niektórzy twierdzą,że blog ten nie jest do końca autentyczny i starają się udowodnić jego ubarwienia.
    Wg mnie,autor ma ogromny dar dostrzegania tego co inny przeciętny więzień uznałby za normalną kolej rzeczy,takie są reguły trzeba się im poddać i odsiedzieć swoje.Kalasanty wręcz przeciwnie w każdej sytuacji,nowym doświadczeniu coś odnajduje i w jakże wspaniały sposób nam to opisuje.Myślę,że w pewnien sposób pisanie pomaga autorowi tam przetrwać.Ten blog ma w sobie coś niesamowitego.
    Ogromny szacunek dla Kalasantego.
    Pozdrawiam:)

  6. Szczególnie podobał mi się opis pani psycholog. Też miałem do czynienia z – daj boże – praktykantkami z resocjalizacji, które bezwzględnie postrzegały każdego osadzonego, jako niebezpieczny, niezdolny do socjalizacji przypadek.

    • Mi również się ten opis spodobał , ale „praktykantki z resocjalizacji”, a psycholog więzienny to dwie różne bajki- pamiętaj :]
      pozdrawiam 😉


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 414,791 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Październik 2009
    Pon W Śr C Pt S N
    « Wrz   List »
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    262728293031  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.