Przenosiny bloga – WAŻNE!!!

Drodzy Czytelnicy!
Kalasanty, czyli moja skromna osoba, jest WOLNY – gdyby do kogoś to nie dotarło. Tak więc: od niedawna sam sobie jestem sterem-żeglarzem-okrętem, a zwłaszcza adminem i publikatorem.

Ponieważ rzeczywistość zakratowana skończyła się dla mnie i moich bliskich, kontynuacja „Pasiaka” stała się bezcelowa. Przysłowiowy pasiak zdjąłem, umysłowe kraty odrzuciłem, i będę się produkować, według niedawnej zapowiedzi, w postaci już wolnościowej. Jako Kalasanty Wolniak – bo taką ksywkę postanowiłem przyjąć.

Adres bloga:

http://kalasantywolniak.wordpress.com/

Komentarze jak zwykle bardzo mile widziane, na jednym i drugim blogu. Aktualne adres mailowy znajdziecie na nowym blogu; nie gwarantuję w 100% odpowiedzi – Acz się postaram 🙂

Miłej lektury,

Kalasanty. Wolniak.

P.S. Jak najbardziej zapraszam do pozostawiania komentarzy RÓWNIEŻ NA TYM blogu, jeśli ktoś ma taką potrzebę.

Wolność

Stało się. Nadeszło. Wielka machina, po przeżuciu i przetrawieniu wydala mnie z siebie, gdy odmierzam ostatnie kroki przez końcowy odcinek murowanego jelita, by zostać w końcu wyrzuconym przez żeliwny odbyt bramy…

 

Błeee. Tfu. Paskudztwo. Opis jak stworzony przez zboczonego miłośnika Zoli i Camusa z domieszką Orwella. Spróbujmy jeszcze raz…

 

Idę. Kroczę, już nieodwołalnie w jednym kierunku, dumny jak paw, dźwigając na ramieniu biały tobół, krzyczący niewinnością jak suknia panny młodej lub ubranko do komunii. Trzask. Otwiera się okienko, dają do podpisania jakieś świstki – w euforii nie wiem nawet, czy nie podpisuję zgody na odsiedzenie dożywocia. Fuck it. Schody: klap, klap, klap, strażnik naciska guziczek, otwierają się drzwi, jeszcze trzy szybkie kroczki i już dotykam stopą asfaltu dziedzińca. Jeszcze ostatni posterunek, bramka do wykrywania metali, przez którą nie muszę już przechodzić; trzeba pamiętać, żeby nie powiedzieć „do widzenia”. I już.

 

To koniec. Śmieszne, ale wyobrażałem sobie siebie z pozycji obserwatora, oglądając swoją postać na tle TEJ bramy. Ile razy uwieczniano taką scenę w filmach; najwięcej w kinematografii duńskiej przy okazji kręcenia kolejnych epizodów „Gangu Olsena”. Tymczasem jakby zdziwiony własnym zdziwieniem, widzę tylko to, co przede mną, wstecz się nie oglądam, a widoku na siebie, rzecz jasna, nie mam.

 

Kandyd przebył swoją wędrówkę, i przemierzył całą drogę, kończąc ją takim samym, jakim był przed jej rozpoczęciem – nieuleczalnie naiwnym i rozczulająco nieledwie w tej naiwności głupim. Teraz zmysły atakują tak pozornie dawno niewidziane elementy otoczenia: krawężnik, źdźbła trawy wyglądające spośród nierówno ułożonych płyt chodnikowych, czy kałuża, wesoło połyskująca gdzieś parę metrów z boku. Witaj, małe, płynne zwierciadełko nieba; nie mrugaj do mnie tak filuternie, nie oślepiaj; zaczynam, kurwa jego mać, poważne życie. Nakładam na nos okulary przeciwsłoneczne, a w głowie rodzi mi się cicha melodyjka, subtelna, jakby wiatr poruszał dzwoneczkami ze szkła i cienkiej blaszki, i nie wiem czy, w więcej niej radości czy melancholii. Stoję więc nieruchomo, by jej nie spłoszyć.

 

To chwila powitań, to też zaczynam nieśmiele wymieniać wirtualne uściski z wszystkimi świadkami mojego wyjścia. Witaj mi więc, asfaltowa drożyno o poranionych krzywym krawężnikiem krawędziach; witaj wolnostojące drzewo – cieszę się, że tak przyjaźnie machasz do mnie gałązkami. Witajcie żyjątka; prawie zdążyłem zapomnieć, że występujecie w takiej obfitości. Witajcie tramwaje, zachęcająco zgrzytające na zakrętach, i wy samochody, przebywające bez skrępowania tak wielkie odległości – już niedługo z was skorzystam i każę się powieźć aż za horyzont. Witajcie, przechodnie, witajcie, ludzie. Mam nadzieję, że nie zaznamy od siebie zbyt wielu rozczarowań.

 

Żegnajcie Czytelnicy. Było miło.

Rozprawa

Po wielu tajemnych zabiegach, czynnościach, prześwietleniach, krzyżowym ogniu pytań, w który brani są świadkowie, zrobieniu i utrwaleniu fotografii, nagrań i zebraniu najróżniejszego kalibru materiałów dowodowych, prokuratura może wreszcie z satysfakcją odetchnąć i oznaczyć teczkę oskarżonego napisem: „Śledztwo zamknięte”, po czym od razu złapać kolejnego delikwenta do obróbki – w końcu jej zadaniem niejako statutowym jest wyławianie różnych szumowin społecznych, które trzeba usadzić i we współpracy z sądem oraz więziennictwem spowodować, by nie grzeszyli więcej. Inna sprawa, że tzw. resocjalizacja w aresztach i więzieniach jest najczęściej fikcją, bowiem oddziaływania mające na celu przywrócenie takiego parszywca społeczeństwu sprowadzają się najczęściej do organizowania mu zajęć sportowych w postaci ping-ponga lub koszykówki (wersja VIP), których zbawienny wpływ na osobowość jakoś dotąd umykał mojej uwadze, gdyż za cholerę nie mogę sobie przypomnieć żadnej kanonizacji tenisisty stołowego, a i gracze NBA do Armii Zbawienia jakoś też nie chcą się zapisywać. Książki to też sposób – tyle, że czytających nie trzeba do nich nakłaniać, a nieczytających się raczej nie da. Msze i nabożeństwa – tu zaprzeczyć ich dobroczynnej roli byłoby trudno, ale jak to się dzieje, że wśród chodzących do kościołów, meczetów i synagog odsetek przestępców jest mocno zbliżony (o ile nie taki sam) do jego odpowiednika u ateistów? Raz na ileś lat, co prawda, włodarze systemu penitencjarnego wpadną na jakiś pomysł, np. zaprzęgając więźniów do pracy przy niepełnosprawnych, ale to kropla w morzu. Zresztą nie jest to zmartwienie prokuratury; jej rola jest skończona, po czym pracownicy tejże mogą spokojnie umyć ręce. Podobnie jak zrobił to pewien facet ok. 2000 lat temu.

W każdym razie – gdy śledztwo już się zakończy, formułowany jest akt oskarżenia (z ciekawością czytany przez współtowarzyszy niedoli, którzy znajdują wtedy pociechę w myśli, że inni mogą mieć jeszcze bardziej przesrane), i wyznaczana jest data rozprawy. Lub kilka dat – gdy sprawa twa jest złożona, czy wymaga stawiennictwa licznych świadków.

Moja sprawa jest prosta, choć śledztwo było zawiłe i wymagało ok. 2 lat – strach pomyśleć, ile lat muszą czekać ci, którzy mieli nieszczęście wplątać się w aferę sięgającą mackami wszystkich kontynentów. Tacy odsiadują w areszcie na wszelki wypadek jakieś 25 lat, po czym mają szansę na uniewinnienie, gdy już nadejdzie dzień rozprawy. Po tym jakieś 5 lat procesu o odszkodowanie – i voila, gigantyczna emerytura na jesień życia spływa jak znalazł. O ileż to prostsze od tzw. trzeciego filaru…

Podczas rozprawy strony powołują świadków; prokuratura swoich, obrona swoich. Dla ułatwienia nazwijmy ich czerwonymi i zielonymi, od kolorów kutasów noszonych przy togach przez prawników (zieloni to twoi, czyli ci dobrzy, zaś czerwoni to przeciwnik. Better dead than red). Czerwoni starają się udowodnić, żeś kawał skurwysyna, na śniadanie pożerasz niemowlęta, wszystkie pieniądze w życiu ukradłeś, w dzieciństwie pierwszy wyrywałeś się do zabicia karpia na Wigilię, a na dokładkę nie myjesz genitaliów i brzydko od ciebie zalatuje. Zieloni przekonują z kolei fioletowego (czyli sędziego), że wszystkie pieniądze oddajesz biednym, za młodu założyłeś zakony franciszkanów, dominikanów i benedyktynów, przyjaźnisz się z Dalajlamą, a nie zostałeś beatyfikowany tylko dlatego, że jeszcze żyjesz. I pomyśleć, że to wszystko mówią o tej samej osobie. Zawsze podejrzewałem, że jestem kontrowersyjny.

Ciekawym doświadczeniem jest też ujrzenie swoich znajomych i/lub przyjaciół, których nie widziało się od dłuższego już czasu. Taka mini-podróż w czasie, coś jak paroletni pobyt za granicą, z tą różnicą, że podczas wyjazdów rzadko można doznać tak szczególnych przeżyć jak tu. Chyba, że ktoś wyjeżdża by pracować jako strażnik więzienny. Niektórzy w międzyczasie przytyli, inny wyszczupleli, bądź zapuścili włosy na głowach i w nosach, a wszyscy – naturalnie z wyjątkiem pań – postarzeli się o ten rok, czy dwa. Nieliczni tylko odważają się patrzeć na ciebie bez współczucia zmieszanego ze zgrozą; tu winny jestem podziękowania Beacie C. i Kasi R., które nie zawahały się rzucić mi od czasu do czasu pełnego otuchy spojrzenia, popartego pięknym uśmiechem. Gest to tak rzadkiej wartości, że zasługuje na upamiętnienie w tych zapiskach.

Końcowym akcentem rozprawy jest moja własna przemowa do sędziego z fioletowym kutasem pod szyją. W niej popieram wszystkich moich „zielonych”, nieśmiele przypominając, że byłem też współzałożycielem karmelitów. O przynależności do loży masońskiej przezornie nie wspominam, bo czort wie czy sędzia przypadkiem nie katolik. Fioletowy kiwa głową, udaje się dostojnie na kontemplację, zaś mnie zabierają na ten czas do klatki w podziemiach sądu, gdzie spędzę jeden z najbardziej dłużących się 20-minutowych okresów w moim życiu – nawet lektura „Żywotów świętych” niewiele jest mi go w stanie skrócić. Po czym wracam na salę…

„Wyrok w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej…”, zaczyna z namaszczeniem sędzia, ja zaś wsłuchuję się do bólu w to, co mówi, by nie uronić tego, co dla mnie najważniejsze – reszta to tylko wata słowna.

I już wiem, że co ten wyrok dla mnie oznacza:

WOLNOŚĆ.

POWRÓT KALASANTEGO

Witajcie, wszyscy Czytelnicy byli, i może potencjalni przyszli.

Tak, Kalasanty powrócił. Owszem, nie publikował od dłuższego czasu. Ze względu na okoliczności losowe (o szczegółach których mówił nie będę), kontakt z Ziri i Altim został na dobre zerwany jakiś czas temu. Ciekawskim uchylę rąbka tajemnicy, zapewniając, że nie zgwałciłem Ziri ani nie zabiłem Altiego, ani na odwrót. Po prostu już nie są, i nie będą adminami mojego bloga, a ja sam mam dla nich wyłącznie ogromną wdzięczność za pracę, którą wykonali. I nie pytajcie jak i dlaczego, gdyż nie odpowiem.

Tak – wyszedłem. Wyknajałem się z puchy; wyrok 3,5 roku, wyszedłem wcześniej przez wokandę, czyli za tzw. „dobre zachowanie”. I powiem coś, co może niektórych mocno zadziwi, a u bywalców wywoła na twarzy uśmiech zrozumienia: w kwestii zarzutów „koronnych” orzeczono moją NIEWINNOŚĆ. A to, co odsiedziałem – odsiedziałem za… piractwo komputerowe.

Albowiem w naszym uroczym kraju, po zapuszkowaniu obywatela, zapuszkowaniu prewencyjnym, czyli po zamknięciu do aresztu śledczego, dokonywane są usilnie na trasie prokuratura-sąd-policja (czy w dowolnej innej konfiguracji) kombinacje pt. „ale jeśli niewinny z głównego paragrafu, to trzeba mu tę odsiadkę jakoś inaczej uzasadnić, żeby państwa o odszkodowanie nie pozwał”. Chwali się to państwu, które wydawało na mnie ok. 2200 miesięcznie; zmarnowało co prawda ponad 70.000 z kieszeni podatnika, ale jakieś pół miliona zaoszczędziło – gdyż o tyle miałem zamiar państwo to pozywać. Państwo okazało się sprytniejsze, gratuluję. W kwestii „dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie”. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają…

Ba – JESTEM złodziejem, to oczywiste. Miałem lewe Windowsy, Office, i parę innych piratów typu WinRar, tonę empetrójek, w kwestii których nie byłem w stanie wykazać, że skopiowałem je z oryginalnych płyt, swoich i od przyjaciół/znajomych. Państwo w osobie śledczego/prokuratora zadało mi pytanie, jak mogę powyższe udowodnić. Ja zadałem w odwecie państwu (nadal w osobie śledczego/prokuratora) pytanie, czy to ja muszę udowadniać legalność, czy ono mnie nielegalność, wg zasady „in dubio pro reo”. Państwo się obraziło, nie odpowiedziało, obróciło się do mnie dupą, i dowaliło mi odpowiednio więcej za ściąganie nielegalnego materiału, żeby tylko się zgadzał bilans.

Za piractwo dowaliło mi słusznie, nie powiem – ale gdyby śledztwo trwało 10 lat, a ja byłbym zamieszany w międzynarodową giga-aferę, po czym zostałbym uniewinniony, to czy za TE SAME Windowsy i nieszczęsne empetrójki daliby „wsteczną” pajdę 10-letnią?… Podejrzewam, że chyba tak.

Dość nudzenia. Zapraszam na dwa ostatnie odcinki, na razie pod roboczymi nazwami „Rozprawa” i „Wolność”, a potem…

Potem – o ile starczy mi sił, a coś czuję, że starczy, gdyż niezły wkurw we mnie buzuje, i mam sporo do powiedzenia – zaproszę Was na kontynuację bloga pod nazwą „Kalasanty Wyzwolony”, albo jakoś tak. I nie mam na dziś pojęcia, o czym ten blog będzie traktował; o seksie (hm, dość logiczne), kurestwie systemu prawnego, czy wolności. Pewnie po trochu o wszystkim z tych dziedzin z domieszką jazd różnych i nieprzewidzianych. Czytelnicy nie powinni się więc nudzić.

A na razie wybaczcie. Muszę iść się wreszcie porządnie najebać.

Podpisał: Kalasanty osobą własną.

Dziękujemy Wam :-)

Dziękujemy serdecznie wszystkim, którzy zdecydowali się oddać swój głos na blog Kalasantego 🙂

Dotarliśmy do drugiego etapu… dlaczego nie dalej?

Któż to wie, może charakter bloga? Gdyż głosów wystarczyłoby na etap trzeci 🙂

Los tak chciał, a my nadal będziemy kontynuować naszą pracę przekazując Wam świat Kalasantego, cały czas mając nadzieję, że poza rozrywką, blog ten również dodaje otuchy tym, których bliscy znaleźli się po drugiej stronie krat, jak również osobom, które tam trafią.

Pozdrawiamy

Ziri & Alti

P.S.

Niebawem pojawi się kolejny odcinek.

Meteopaci w kiciu, a także o przewadze lenistwa nad róbstwem

Przewrotna natura funduje nam ostatnio coś na kształt jesienio-wiosny pod koniec stycznia, i można by w zasadzie powiedzieć: „ładną mamy jesień/wiosnę tej zimy”. Oznakami tej anomalii są odgłosy zewnętrznej fauny, głównie awifauny (kto nie wie co to awifauna niech sobie doczyta), czyli psi nie wyją, koci nie miauczą, ale skrzydlate i dziobate z zespołem okurwienia quasi-wiosennego ostatnimi dniami zaczęły jakby szerzej otwierać swe pyski. Ale jestem prawie pewien, że to przejściowe, bo w przeciwnym razie zmuszony byłbym uwierzyć w teorię globalnego ocieplenia, co byłoby pierwszym poważnym czynnikiem mogącym popchnąć mnie do samobójstwa.

 

Czytelnicy oczywiście doskonale znają z poprzedniego epizodu moją sytuację z grypsami; lecz nie wyjawiłem tu wszystkiego. Spieszę uzupełnić. I nadal, oczywista, wszystkiego nie wyjawiam. Poza karno-dyscyplinarnym wygnaniem z celi, przydarzyła mi się przechadzka do najprawdopodobniej zastępcy zastępcy zastępcy dyrektora (albo p.o. zastępcy zastępcy – jakoś hierarchii tutejszej administracji nie zdążyłem dokładnie zgłębić), który z wyrazem takiej troski na obliczu, że prawie w nią uwierzyłem, oznajmił mi, że popełniłem wykroczenie wobec wewnętrznego regulaminu pierdla. Wywnioskowałem z tego, że coś mi za to zrobią. Zrobili – zakaz paczek na najbliższe 3 miesiące, którego wykonanie wszelako uległo zawieszeniu na miesięcy dwa. Przyjąłem na klatę – cóż było robić. Wychodząc z gabinetu zastępcy itd., ujrzałem potulny ogonek odzianych podobnie do mnie nieszczęśników, którzy najwyraźniej na podobną audiencję oczekiwali pod eskortą innego strażnika. „Mój” strażnik, oddziałowy własną osobą, rzucił do swojego kolegi szybkie pytanie: „Co, ci też Poczta Polska?…”, otrzymał odpowiedź twierdzącą, po czym przyłożył mi wektor w kierunku mojego miejsca zakwaterowania. Po drodze zdążyłem się z nim jeszcze podzielić refleksją, że właśnie dostałem „zawiasy w sankach”, co skwitował grymasem ust uchodzącym w tej profesji za uśmiech.

 

Ale wracając do stanu aury: przez ostatnie parę dni schodzimy ze spacerniaka z wyraźną niechęcią, ponieważ występuje u nas – co prawda w ilościach śladowych – ogólne pobudzenie lub rozleniwienie. Aż dziwne, że sytuacja baryczna wywołuje dwa tak przeciwstawne stany. Choć może ta sprzeczność jest pozorna: budzi się chęć do dłuższych spacerów, inhalacji, czy innych igraszek, a usypia ochota do pracy – czyli następuje naturalne skanalizowanie energii z jednego koryta w inne. To właściwe, albowiem człowiek rodzi się zmęczony i powinien wykorzystywać wszelkie okazje do wypoczynku, również czynnego. Ciekaw jestem swoją drogą, czy bylibyśmy zadowoleni, gdyby nam ktoś chciał dopłacać za wszystkie wyjścia np. do ogródków piwnych, na basen, konie, kręgle i na mecze? Na logikę – cóż może być przyjemniejszego? Ale gdybyśmy sobie już uświadomili, że jest to nasza praca, to przewrotny chochlik mógłby przemeblować nam na odwrót system wartości, i szukalibyśmy rozrywki i wytchnienia w biurach przy przerzucaniu papierów, kopiąc rowy na budowach, czy w barach fast-foodowych smażąc hamburgery i frytki, mając przy tych okazjach nieziemską frajdę. Ludzka natura wszakże przewrotną bywa.

 

Niemniej jednak nie można odmawiać pracy pewnych zalet; poza tym, że dzięki niej mamy środki do życia (tu chciałbym zwrócić uwagę Czytelników na moją obywatelską postawę – nie twierdzę wszakże, że należy utrzymywać się z przestępstw), to pomaga nam zabić czas. W sumie trochę to paradoksalne, ten ogólnoludzki pęd do przyspieszania czasu: im szybciej się żyje, tym krócej się żyje – dlaczego więc nie spędzać by życia na nudzeniu się? Jeden z tutejszych strażników, tzw. „dociągów”, czyli doprowadzających nas na spacerniak, zwany powszechnie Piniem, ma zwyczaj przyspieszania spacerów: przysługującą nam regulaminowo godzinę lubi skracać do czterdziestu minut, a w porywach łaskawości do pięćdziesięciu. Krążyły teorie, że to wina staromodnego noszonego przezeń zegarka produkcji radzieckiej; jak wiadomo, produkty made in CCCP biły wszelkie rekordy – w tym rekord odmierzania czasu (najszybszy zegarek wyprodukowany w Sowiecji robił godzinę w dwadzieścia dwie minuty). Ponieważ teorie te okazały się błędne, zostały zastąpione obiegową legendą o tym, że Piniowi czas w pracy płynie szybciej na skutek zaangażowania się w czynności służbowe, które pochłaniają go bez reszty, przez co wygląda prawie na sześćdziesiątkę, mając wg metryki raptem z trzydzieści z bliżej nie zidentyfikowanym hakiem. Ale z legendami bywa różnie, gdyż jak mawiają starzy, znający życie ludzie zawierają one w sobie tylko ziarno prawdy. W legendzie o Twardowskim na księżycu prawdą jest to, że jest księżyc. W legendzie o Piniu prawdą jest to, że wygląda na pięćdziesiątkę z plusem – i tyle na ten temat.

 

Tak więc zaletą pracy w więzieniu – czy też może raczej jej cechą immanentną, bo co do pozytywów przyspieszonego czasu zdania mogą być podzielone – jest możliwość spędzania chwil na marnie (przeważnie) opłacanych zajęciach. Ale pomińmy już omawianą pracę w służbie więziennej, która jest marzeniem nieosiągalnym dla osadzonych ze względu na wymóg niekaralności, podobnie jak praca w policji (co też jest w sumie pozbawione logiki, gdyż do wyłapywania i pilnowania przestępców najlepsze powołanie mają właśnie byli przestępcy), i pochylmy się nad tymi, którzy oddają się odpłatnym zajęciom służbowym, spędzając w miejscu pracy nie tylko godziny za które pobierają wynagrodzenie, ale też noce i tzw. czas wolny. Ta szczególna, jedyna w swoim rodzaju kategoria pracowników, to zatrudnieni na miejscu więźniowie.

 

Dobrze jest być kalifaktorem rozwożącym posiłki – widać to po zazwyczaj wiecznie uśmiechniętych gębach tutejszych stewardów, a zwłaszcza po ich brzuchach; już wiem, gdzie znika spaghetti, owoce morza, pizza i kawior, i dlaczego nam dostają się tylko nędzne resztki. Nasze grubasy (choć raz na lata trafiają się wśród nich anorektycy) z racji wykonywanego zajęcia mogą pod pretekstem czynności służbowych pałętać się bez większych ograniczeń po korytarzach, roznosząc oprócz posiłków i zarazków także pożyteczne dla niektórych plotki i wieści. Dobrze ma fryzjer zgarniając obfite napiwki w naturze od pragnących uwolnić się od nadmiaru sierści; nieźle ma stolarz, przemieszczający się swobodnie między oddziałami, by sporządzić półkę, naprawić szafkę, czy oddać inną przysługę. A już prawdziwy raj ma łaziebny, wpuszczający pod prysznic również przedstawicielki płci pięknej – nawet jeżeli zgarnia za to miesięcznie marne dwieście złotych netto.

 

Najlepiej jednak – wg przysłowia o pliszce, która chwali swój ogonek – ma ten, który oddaje się pracy kiedy chce, leniuchując w dowolnie wybranych porach, koncentrując się głównie na tym ostatnim, zwłaszcza jeśli praca bezdochodowa w 100%. Umiejętność regulowania przepływu czasu w górę i w dół, to uczucie prawie boskiej wszechmocy – wierzcie mi na słowo.

 

—————————————————————–

Dziś brak dodatkowej „złotej myśli”, w dupie mam. Czas sobie właśnie reguluję…

Kalasanty w czarnej dupie, czyli wydało się

Piszący cokolwiek muszą mieć, rzecz jasna, do pisania odpowiedniego kopa. Zwany jest ów kop: natchnieniem, weną, Muzą, albo parciem na pióro. Istnieją też dopalacze dodatkowe w postaci chemicznej, sproszkowanej lub płynnej, po których powstają twory cechujące się wysokim stopniem wyrafinowania i niespotykaną formą; chemia rządzi też twórczością tych, którzy ogłupiali nagle od zachwytu przymiotami innej istoty ludzkiej popełniają poema wychwalające jej walory – i twórcy taki wiersz podoba się zazwyczaj tak długo, jak długo trwa zauroczenie wspomnianą istotą. Potem mu przechodzi, i pisaninę swoją upycha na samo dno szuflady, lub ją pali, bo się wstydzi. Cóż – nie każdy jest, dajmy na to, Petrarką.

Zdecydowanie – przynajmniej tu i teraz – najbardziej podoba mi się określenie „kop” i przedkładam je nad inne, górnolotne odpowiedniki. Gatunek Homo etc. lubi mieć przyłożone do gardła ostrze konieczności, bo w warunkach dobrobytu prędko gnuśnieje, zaś przy dobrobycie absolutnym gnuśnieje absolutnie, bo cóż zrobić można, skoro wszystko można? Historycznymi przykładami tej prawidłowości mogą być Cesarstwo Rzymskie i Republika Wenecka, które przegrały tak, jak syty brytan przegrywa z wygłodniałym wilkiem, zaś w życiu lepiej poradzi sobie (zazwyczaj) bezrobotny pozbawiony zasiłku (bo musi!), niż ten z zasiłkiem, który woli żłopać pod gminnym sklepem płynną, odmóżdżającą rozkosz po trzy złote butelka, bo wszak państwo stawia, a on przecież, biedaczek, do roboty się nie nadaje, gdyż wciąż chodzi narąbany – i kółko się zamyka.

Z pewnym wstydem muszę tu wyznać, że i mnie dotknęła przypadłość błogostanu wynikającego z lenistwa. Nowa, świeżutka cela, towarzystwo zżyte nad podziw, los zesłał mi nawet w formie premii na kilka dni interesującego rozmówcę z rejonu Pribałtyki, z którym spędziłem kilka wieczorów rozważając wyższość Niżyńskiego nad Strawińskim (względnie na odwrót), a umysł mój przestawił się na tryb karnawałowy, i już zacząłem planować sobie, że w dni parzyste będę sobie śnił o podrygach w Rio De Janeiro z cycatymi pięknościami, a w nieparzyste marzył o białym szaleństwie w Alpach. Słowem – jasna, dobrze zaplanowana i komfortowo wyściełana przyszłość do kolejnego września (zapomniałem dodać – a może jednak nie zapomniałem? – Czytelnicy wybaczą; w stanie permanentnej trzeźwości nieźle się może człowiekowi pojebać pod czaszką – że prokuratura zafundowała mi kolejny trzymiesięczny turnus, dzięki czemu na jesieni będę świętował drugą już rocznicę mojego tu pobytu, zaś pozostałe 23 lata pójdą już z górki), ale tak dobrze być oczywiście nie mogło – musiało się coś spierdolić. Musiał nadejść KOP.

Od pewnego już czasu – z czego Czytelnicy doskonale zdają sobie sprawę – prowadzę dość ożywioną korespondencję ze światem zewnętrznym; korespondencję naturalnie nielegalną, gdyż dotyczyła ona głównie spraw związanych z hurtowym zakupem granatników i gazu musztardowego w Korei Północnej, oraz następczej wymiany tych dóbr na nieletnie niewolnice z Tajlandii, co w zamierzeniu miało sfinansować honorarium dla mojego adwokata. Listy te, czy raczej grypsy, przechodziły przez ręce jednego z kalifaktorów, który za odpowiednim wynagrodzeniem szmuglował je sobie tylko znanym sposobem za mur, podobnie magiczną metodą dostarczając mi pocztę zwrotną – i wszyscy byli zadowoleni. Steward, gdyż napychał sobie kałdun nadprogramową czekoladą, a płuca dodatkowymi porcjami tytoniu, i ja, gdyż w ostatnich listach pewien szejk oznajmił mi, że przystaje na moją cenę za partię świeżutkich Tajek do swojego haremu i perspektywa rozliczenia się z moim obrońcą wydawała się zbliżać wielkimi krokami, ale…

Zawsze musi być jakieś „ale”, jak ktoś, gdzieś, i kiedyś powiedział. Steward rozzuchwalił się do tego stopnia, że zaczął przesyłać jakieś sto grypsów tygodniowo, brzuszysko rosło mu w tempie niemożliwym do wytłumaczenia zwyczajnym podkradaniem co smaczniejszych kąsków z gara, i służby nasze mundurowe w mobilizacyjnym odruchu postanowiły mu przetrzepać rzeczy osobiste, i tym prostym sposobem natknęły się na tony niewysłanych epistoł, których siłą rzeczy, sam z braku czasu nie mógł sprokurować (tempo pisania ma ponoć dziesięć słów na minutę, charakter pisma tylko jeden, choć podpis prezesa pewnego banku opanował do perfekcji). Epistoły komisyjnie i ze złośliwą satysfakcją otwarto, po czym rzucono je oskarżycielskim gestem w twarz ich autorom, w tym niżej podpisanemu. Niżej podpisany cichym głosikiem przyznał się do wykroczenia przeciw regulaminowi, i w karnym trybie został bezzwłocznie przeniesiony do innej celi. Gdzie nie spodziewał się ani miodów, ani dwugwiazdkowego standardu – i miał rację.

Ujrzałem pięcioosobową klitkę, odrapaną ponadnormatywnie nawet według tutejszych, obowiązujących w Unii Państwa Trzeciego Świata norm. Do klitki rzucono zbieraninę osobników świeżo wypuszczonych z tutejszego szpitala, oddział psychiatryczny. Ilość tematów do rozmów poleciała więc na łeb na szyję – choć jest nadzieja, że po kilku tygodniach pobytu wśród nowopoznanych współwięźniów dołączę do konwersacji, a może nawet będę się w nich aktywnie udzielał. Osadzeni powitali mnie z szacunkiem, a nawet uniżenie, gdyż przy ponad dwunastomiesięcznym stażu można wypracować sobie „spojrzenie bazyliszka”, które onieśmiela prawie wszystkich z wyjątkiem tych, którzy odkryli w sobie jeszcze groźniejszego bazyliszka wewnętrznego i nie wahają się go użyć. Zostałem w konsekwencji jednogłośnie wybrany starszym celi – w królestwie ślepców jednooki królem.

Zaś co do kopa – to cóż, poza pisaniem i czytaniem można robić w ciasnej norze bez telewizora i bodaj jednego rozmówcy? Czekajcie więc na fascynujące opisy liszajów na suficie, zachwyty nad nowościami menu i doniesienia z postępów w hodowli pluskiew. Na tym etapie większą potęgę twórczą wyzwoliłby we mnie chyba tylko karcer – o ile byłoby w nim światło.

——————————————————————-

„Eppur si muove!” – powiedział Galileusz na stosie. „Eppur si gripse!” – przemawia Kalasancjusz z nory, i choć pokonany w bitwie o nielegalne wysyłki, broni nie składa. Albowiem niejeden kanał grypsów istnieje, amen.

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 402,342 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Czerwiec 2017
    Pon W Śr C Pt S N
    « Sier    
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    2627282930  
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 40 obserwujących.