Jak zrobić czaj, czyli Kalasanty pisze testament

Podczas ostatniego wieczorka autorskiego, gdy odczytywałem moim słuchaczom kolejny odcinek niespodziewanie uaktywnił się Janek, czym mnie nieco zaskoczył, gdyż nie spotkałem wcześniej człowieka, który by potrafił słuchać czegoś aktywnie podczas snu – byłby wymarzonym obiektem badań dla zwolenników systemu edukacji somnabulicznej. Janek, ledwie racząc uchylić jedną powiekę, zakomunikował mi, że choć w sumie moje wypociny to rzecz nawet zgrabna i dająca się od czasu do czasu posłuchać, to jednak powinienem wybaczyć, ale o więzieniu to ja z całym szacunkiem dla moich wysiłków, gówno wiem, i nie powinienem mamić i zwodzić naiwnych odbiorców wizjami, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Co wygłosiwszy odwrócił się z godnością plecami do audytorium i rzecz jasna – zachrapał.

Na takie dictum zawrzała we mnie krew przodków spod Cedyni, Grunwaldu i Chocimia: JA, KURWA, NIC O WIĘZIENIU NIE WIEM?! Ja mam wysłuchiwać pouczeń od takiego, za przeproszeniem, charłęgi-żłopiryja?!… Stułbiopława w ząbek czesanego?…

Krew wrzała jeszcze przez chwil kilka, Janek nadal pogardliwie chrapał, ale upływ czasu zrobił swoje, i rozum zaczął powoli wypierać emocje, z czym przyszła konstatacja, że może faktycznie do klasy eksperta-praktyka w sferze więziennictwa trochę mi jeszcze brakuje. Jakieś 5 lat odsiadki, tak na oko. Od razu w głowie zaświtał mi kontrargument, że „nie matura, lecz chęć szczera…” itd., wobec czego chęci szczere błyskawicznie przybrały na wykresie kształt ostro pikującej w górę krzywej, i zaczęły się rodzić myśli, co by tu zmalować, by w trybie przyspieszonym wskoczyć na wyższy poziom zaawansowania i uczęstować czytelników jakimś mocnym akcentem. Napaść na strażnika? Ucałować niespodziewanie wychowawcę? Wytatuować sobie coś własnoręcznie, w dodatku na plecach, dla wzmożenia efektu?…

Po pełnych zasępienia przemyśleniach doszedłem do zbawiennego wniosku: ZROBIĘ SOBIE CZAJ. A co – mógł Ken Kessey podczas pisania „Lotu nad kukułczym gniazdem” poddać się elektrowstrząsom, mogę i ja zaeksperymentować z więziennym narkotykiem. Zasiadam więc do spisywania testamentu…

Czaj, jak sama nazwa wskazuje, to nic innego jak herbata, tyle, że szatańsko mocna – ma barwę o kilka tonów ciemniejszą od najsilniejszego włoskiego espresso i zaledwie o jeden ton jaśniejszą od myśli skazańca wstępującego na szafot. Dość powiedzieć, że do przyrządzenia półlitrowego kubka tego piekielnego naparu zużywa się całą, 10-dekagramową torebkę liściastej herbaty, tak, że łyżka w nim faktycznie sztorcem stoi, i aż dziw, że nie ulega w procesie parzenia całkowitemu roztopieniu. Cukru się do tej mikstury nie dodaje, bo ilość potrzebna do złagodzenia jej smaku musiałaby znacznie przekroczyć 10 kilogramów, które przecież lepiej byłoby przeznaczyć na bimber. Smoła ta musi naciągać przez jakieś 15 min., po czym po usunięciu liści zyskujemy jakieś 200 mililitrów płynu, który należy w miarę szybko wypić, najlepiej przy wyłączonych zmysłach powonienia i smaku. Już pierwszy bowiem łyk wykręca usta w paragraf, a we wnętrzu paszczy ma się uczucie, jakby ktoś wyłożył nam podniebienie korą chinową. Po w miarę szybkim wypiciu ohydztwa usiadłem oczekując na upragnionego kopa, przy czym zauważyłem, że współtowarzysze przypatrują mi się w jakimś napiętym oczekiwaniu i z czymś na kształt niezdrowej i źle maskowanej ciekawości. Dopiero później dowiedziałem się, że cieniasy nie odważyły się wcześniej na doświadczenie z czajem i czekały, małpy złośliwe, aż znajdzie się kretyn gotów przyjąć do swojego organizmu ponadnormatywną dawkę teiny. No i padło na mnie – dobrze piszą, że więźniowie potrafią być okrutni…

Dodatkowe okrucieństwo eksperymentu objawiło się tym, że teina nie wywarła na mnie właściwie żadnego skutku – poza lekko przyspieszonym pulsem (który był chyba bardziej spowodowany oczekiwaniem na efekty), ledwo zauważalnym mrowieniem w palcach i chwilowo odczutą (pewnie zresztą też wynikającą z autosugestii) lekkością bytu nie zmieniło się w moim postrzeganiu otoczenia właściwie nic. To po cholerę ja właściwie pisałem ten testament?…

Los jednak postanowił dać mi szanse wejścia na wyższy poziom wtajemniczenia – z czajem się nie udało, ale niedawno zabrano mnie do magazynu (czytelnicy raczą wybaczyć, że nie nadążam na bieżąco z notatkami), gdzie wydany mi został zestaw odzieży skarbowej, model jesień 2009. Ubiór składa się z gustownych pantalonów w kolorze zieleni maskującej wpadającej w feldgrau, szałowej kurteczki w nieco ciemniejszym odcieniu, krój Wranglera z lat 70-tych ubiegłego wieku i bladobłękitnej, spranej prawie do białości bluzy z długim rękawem w stylu „Janosikowa Drużyna”, którą przy oblężeniu można by od biedy posłużyć się jako białą flagą.

Po włożeniu na siebie kreacji i pobieżnej autolustracji doszedłem do wniosku, że mój wygląd jest dalece niedostateczny – zapuszczam zarost, wybijam sobie ze 3 zęby i wytatuuję sobie w widocznym miejscu litery PTCK („pamiętaj, tuliła cię krata”), a potem pójdzie już z górki, ferajna będzie mnie mieć w poważaniu i żaden Janek mi nie podskoczy. Zresztą nosząc tę kreację już mam nad nim przewagę – i wcale mnie nie obchodzi to, że odzieży skarbowej nie dostał tylko dlatego, że strażnicy bali się, by im nie usnął w drodze do magazynu.

————————————————————————

Łyżwiński wyszedł. Ja oczywiście nadal garuję. Mam nadzieję, że wyjdę, zanim Małysz uda się na sportową emeryturę. Trzymajcie kciuki.

5 komentarzy

  1. Oczywiście wyjasnię czemu watpię.Nie zgadza się opis okna w jednym z odcinków.Inaczej jest skonstruowane.Wiem bo spałem przy nim kilka miesięcy.Oddziałowy nie wydawał paczek na swięta. Nikt by od niego nie wział! Do łażni nie idzie 15 ludzi.Nawet połowa z tej liczby nie idzie.A ilu idzie? Pewnie wiesz… Przyznaję, ten blog to dobry pomyśł żeby wzbudzić zainteresowanie ale dla takich co więzienia nie widzieli. Nadal mnie intryguje, siedziałeś czzy pracujesz tam??

  2. a może siedzi pracując …

  3. Janie,

    Ja nie wiem, jak wyglądają „tam” okna; Kalasanty wie.

    Na zdrowy rozsądek: Czyżbyś siedział na WSZYSTKICH celach?… Wątpię – chyba, że sam TAM pracujesz ;-)

    15 ludzi w łaźni – CHŁYT marketingowy, wymyślony jakiś czas temu przez Ziri, fakt. Początki bloga Kalasantego, reklama. I ZERO (wtedy) naszej wiedzy, ilu facetów się idzie naraz kąpać. Filmy, ignorancja etc. – zwal na co chcesz.

    Moje źródło (eks-Monte) podaje, że paczki świąteczne bywały – klawisz oczywiście nie podawał ręcznie, tylko meldował po otwarciu drzwi, że coś takiego leży na „peronce”, i trzeba/można odebrać, jak środki higieniczne. Roznosili prawdopodobnie kalifaktorzy.

    Pozdrawiam, mam nadzieję, że coś wyjaśnia :-)

    Alti

  4. ja zalalem 75 torebek 400 ml wody , gotiwalem przez 7 minut . kop byl w chuj mocny :]

  5. za niewinność nie siedzisz to posiedź sobie i pomyśl jeszcze nad sobą


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

  • Użytkownicy online

  • Statystyki bloga

    • 365,663 odwiedzin
  • Kalendarz publikacji

    Luty 2010
    P W Ś C P S N
    « sty   mar »
    1234567
    891011121314
    15161718192021
    22232425262728
  • Wszystkich zainteresowanych dalszymi losami Kalasantego zapraszamy do subskrybowania :-)

    Dołącz do 39 obserwujących.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 39 obserwujących.